Czas Go przechytrzył

2

JerzyJurek odszedł od nas 6 lipca o czwartej rano, mając zaledwie 67 lat. Odszedł w cierpieniu, którego rozmiar przerasta zwykłą ludzką wyobraźnię. Choroba nowotworowa okazała się zabójcza nie tylko dla Jego płuc, w tym ostatnim czasie zaatakowała też Jego mózg, stając się źródłem największego dla Niego dyskomfortu. Fizyk z wykształcenia, dziennikarz z pasji i wykształcenia, wyjątkowo cenił sobie logikę, i to w każdej sferze ludzkiej aktywności. Zawsze więc cierpiał, gdy cokolwiek wymykało się spod kontroli Jego umysłu…

Gdy ponad 35 lat temu zaprosił mnie do nowodębskiej redakcji „Nowego Tempa”, które sam założył i potem z zespołem wydawał, nie miałam wątpliwości, że temu człowiekowi można zaufać. I to zaufać nie tylko Jego doświadczeniu zawodowemu zdobytemu podczas pracy w redakcjach krośnieńskiego „Podkarpacia” i rzeszowskich „Nowin”, ale też Jego perfekcjonizmowi i wręcz trudnej do opisania pasji, z jaką tworzył – poczynając od pisania, redagowania i adjustowania tekstów, aż po przygotowanie makiet stron, korektę pasków i rewizję złamanego numeru przed drukiem – każde wydanie „swojego” pisma. Jurek po prostu zarażał tą swoją pasją do dziennikarki jak chorobą wirusową. Ale też umiał stworzyć w redakcji prawdziwie rodzinną atmosferę. Tu nigdy nie było się samemu w trudnych prywatnie chwilach i było z kim dzielić wszystkie osobiste radości. Jak w domu, jak wśród najbliższych sobie ludzi. (Zresztą generalnie w podobnie serdecznych i niemal przyjacielskich relacjach żyło w tamtym czasie całe tarnobrzesko-rzeszowskie środowisko dziennikarskie.)

 I tak naprawdę z tą samą charyzmą i tym samym zapałem przystąpił wkrótce wraz z grupą inicjatorów do tworzenia w Tarnobrzegu redakcji nowego tygodnika, tym razem o zasięgu wojewódzkim. Pamiętam, ile emocji budził konkurs na nazwę pisma, a potem przygotowanie jego winiety. Jurek znowu był w swoim żywiole. (Zwłaszcza że nie udała się próba odsunięcia go od dziennikarskiego fachu.) W duecie z pierwszym redaktorem naczelnym „Tygodnika Nadwiślańskiego”, Kazimierzem Lesieckim, zaczęli wydawać pismo, które bardzo szybko osiągnęło nakład prawie 100 tys. egzemplarzy. To był powód do prawdziwej satysfakcji. I tę Jurek niewątpliwie z tygodnikowej roboty miał. A Jego wszechstronność zawodowa sprawiała, że równie dobrze radził sobie z funkcją sekretarza redakcji, redaktora technicznego, jak i publicysty zajmującego się tematyką rolniczą, aż w końcu zastępcy redaktora naczelnego i wiceprezesa spółki. Ukończone studium poligraficzne w Warszawie nakłoniło Go do podjęcia kolejnego wyzwania – utworzenia w strukturze Wydawnictwa Samorządowego własnej drukarni. Na wiele lat stała się ona Jego prawdziwym oczkiem w głowie, tym bardziej że przynosiła firmie spore dochody.

Kilkanaście lat później, gdy coraz trudniejsze stawały się realia funkcjonowania rynku prasowego i w spółce należało wdrożyć dość rygorystyczny program naprawczy, to właśnie Jemu udziałowcy powierzyli funkcję prezesa. Nie zawiódł tego zaufania. Dziś możemy ocenić, jakim uczynił to kosztem.

Często, obserwując to, jak pracował, odnosiło się wrażenie, że czas ma dla Niego zupełnie inny wymiar. On po prostu, nie patrząc na zegarek, robił swoje. I nieważne było, czy jest to dzień czy noc. Ważniejsze było wyzwanie, z którym musiał się zmierzyć. Dobrze wiedzą i doceniają to Ci, których książki przygotowywał do druku. Jego stary, wolno pracujący komputer też nabrał cech swoistego symbolu Jurkowej dokładności, ale też tej Jego specyficznej tolerancji dla upływającego czasu.

Dwa lata temu dowiedział się o swojej chorobie. Diagnoza była złowieszcza. Złamałaby niejednego. A On w tym wszystkim potrafił cieszyć się, że to wczesne stadium, że nie ma przerzutów, że zajęte są tylko płuca. I uparcie, jak to zawsze czynił, walczył… „Bo mam dla kogo żyć” – mówił, a oczywiście myślał w tym momencie przede wszystkim o swoich wnukach. W ostatnim czasie to one były Jego największą radością. A już na koniec tak bardzo ubolewał, że Inka nie może mu na ten ciężki oddział sandomierskiego szpitala przyprowadzić Helenki i Hani, a Justyna – Michałka i Kubusia. Ale też rozumiał, że ta sceneria nie jest dla nich… I najzwyczajniej po ludzku martwił się – o przyszłość Asi, o Jadzię, o te jej kłopoty z ciśnieniem… Wydawał ostatnie dyspozycje, aby wiedziały, co powinny zrobić, gdy Jego już nie będzie…

Bo taki był – do końca odpowiedzialny za swoich bliskich.

Ale i za firmę. „Żałuję, że nie mogę ci już w niczym pomóc” – mówił do mnie. Lecz cieszył się i dziękował, że jakoś sobie w tych trudnych czasach radzimy. I wierzył, że dalej też będzie dobrze. „Bo pamiętaj, to musi być także dla waszych dzieci”.

A ja chciałabym, aby to Jego ostatnie przekazane mi „polecenie służbowe” stało się możliwe do wykonania. Aby nie zniweczyły go niczyje niecne zamiary i żadne nieodpowiedzialne decyzje…

WIESŁAWA SKOWROŃSKA

Może zainteresują Cię również wpisy oznaczone podobnymi tagami:

Podziel się:

2 komentarze

  1. Pan Jerzy był 3 lata temu uczestnikiem wycieczki do Rzymu. Zapamiętałam go doskonale, gdyż miał charyzmę i potrafił dostrzegać piękno tego świata. Inteligentny i oddany pracy, takie cechy można było odnaleźć w Nim po chwili rozmowy. Niezwykły człowiek. Panie Jerzy niech pan spoczywa w pokoju.

  2. A mi udowodnil ze nie ma sytuacji bez wyjscia.. Zawsze za to Mu bede wdzieczna. Pozostanie Pan zawsze w moim sercu.