Dwie miłości Zbigniewa Pyszniaka [Repotraż]

2

Ludzie związani z koszykówką mówią, że za to, co zrobił dla tarnobrzeskiego sportu już za życia powinien mieć postawiony pomnik. Człowiek, który na baskecie „zjadł zęby”, w Tarnobrzegu ma tyle samo wrogów, co przyjaciół. Jest osobą impulsywną, niemal wulkanem, ale także człowiekim wrażliwym na ludzką krzywdę i chętnym do pomocy. Zawsze mówi, że ma dwie miłości. To rodzina, którą stawia na pierwszym miejscu i koszykówka.

(Tekst pochodzi z Nr 51/52(1858/1859) Tygodnika Nadwiślańskiego z 22 grudnia 2016 r.)

Zbigniew Pyszniak, bo o nim mowa, do Tarnobrzega przyjechał ponad dwadzieścia lat temu i w swojej ukochanej dyscyplinie dokonał w byłej stolicy polskiej siarki, prawdziwej rewolucji.

MIAŁ BYĆ PIŁKARZEM

Kętrzyn, skąd pochodzi, żył piłką nożną, a mieszkańcy tego miasta kibicowali miejscowej Granicy, w której i on zaczynał swoją sportową przygodę.

– Grałem nawet na spartakiadzie w reprezentacji województwa olsztyńskiego. Tata, nauczyciel wychowania fizycznego, był jednak sympatykiem koszykówki i ciągnął mnie na treningi. W końcu zdecydowałem się na kosza, bo ojca wypadało słuchać i dziś wiem, że miał rację – wspomina Zbigniew Pyszniak.

Z Kętrzyna wyjechał do Olsztyna, gdzie do miejscowego Stomilu ściągano wówczas z całego regionu największe koszykarskie talenty. Pojechał na mistrzostwa Polski rocznika 1955. Chociaż był o trzy lata młodszy, wpadł w oko trenerom i działaczom Junaka Włocławek, którzy złożyli mu propozycję gry w ich zespole.

– Miałem ból głowy i o radę zwróciłem się do trenera Perskiego ze Spójni Gdańsk, który, gdy się dowiedział, że jestem z rocznika 58, wziął mnie do siebie. Grając w Spójni, zostałem powołany do kadry Polski kadetów, a następnie juniorów – mówi Pyszniak.

GRAŁ Z KENTEM

Kolejny etap jego koszykarskiej kariery miał miejsce w Lublinie, gdzie w latach siedemdziesiątych był wielki boom na kosza. Dwa ekstraklasowe kluby – Start i Lublinianka – odgrywały wówczas czołowe role w krajowej elicie. Trafił do Startu. Popularni „czerwono-czarni” byli wtedy na topie, bo do zespołu sprowadzono pierwszego w historii polskiej ligi gracza ze Stanów Zjednoczonych, Kenta Washintona, który do Lublina przyjechał po dwóch latach treningów w słynnym na cały świat Harlem Globetrotters.

– Kent czarował w polskiej ekstraklasie, ośmieszając nawet gwiazdy polskiej reprezentacji: Kijewskiego, Młynarskiego czy Jurkiewicza, ale robił to w bardzo elegancki sposób. W Lublinie, mecze Startu, w mogącej pomieścić niewiele ponad trzy tysiące osób hali, chciało wtedy oglądać 14-15 tysięcy widzów, a na pierwszym treningu z jego udziałem pojawiło się ponad dwa tysiące fanów basketu! Tworzyliśmy wtedy z Kentem duet obwodowych. On rozgrywał, a ja rzucałem – dodaje Zbigniew Pyszniak.

To był chyba jeden z najlepszych okresów w karierze dzisiejszego sternika tarnobrzeskiej koszykówki. Ze Startem zdobył dwa brązowe medale mistrzostw Polski, po czym dalszą karierę postanowił kontynuować w… drugoligowej Polonii Bytom (późniejsza Stal Bobrek), z którą po sezonie awansował do ekstraklasy.

Grając z bytomskimi „bobrami”, w połowie lat osiemdziesiątych, klasyfikowany był w najlepszej „piątce” najskuteczniejszych strzelców. W prowadzonym wówczas przez Polski Związek Koszykówki rankingu na zawodnika meczu, raz uplasował się na trzecim miejscu, za Kentem Washintonem, broniącym wtedy barw Zagłębia Sosnowiec i gwiazdą polskiej reprezentacji, Dariuszem Zeligiem, zawodnikiem legendarnego Śląska Wrocław.

ŚMIERĆ PRZYJACIELA

Niestety, z Bytomia Zbigniew Pyszniak ma nie tylko miłe wspomnienia, bo do dziś przed oczyma stoi mu wielka tragedia, jaka miała miejsce w zespole podczas podróży na mecz w 1983 roku, kiedy zginął jego przyjaciel z drużyny, Wojciech Szarata.

– To był nasz ostatni wyjazd w sezonie. Jechaliśmy do Poznania na mecz z tamtejszym Lechem. Pamiętam, że gdy opuszczaliśmy Bytom pogoda była słoneczna, a droga prosta. Przed nami jechał ciągnik z przyczepą. Odbił w prawo, kierowca naszego autokaru zaczął go wyprzedzać, a on, bez żadnego sygnału, nagle skręcił w lewo. Nieszczęście polegało na tym, że Wojtek, w tym momencie stał, bo układał na siedzeniu jednego ze swoich synów. Poleciał do przodu i uderzył głową w metalową listwę przedniej szyby autokaru. Zginął na miejscu… Do dziś mam ten obraz przed oczami – mówi Zbigniew Pyszniak.

Kolejne lata sportowej kariery Z. Pyszniaka to liga węgierska, w której grał przez sześć lat, reprezentując kluby Kecskemet i Poks. Polacy mieli wówczas w kraju bratanków bardzo dobrą markę.

– Były sezony, że w lidze węgierskiej grało nas ponad dziesięciu, a dwa kluby prowadzili polscy trenerzy. Na Węgrzech, można było wtedy nieźle zarobić, a ponadto było to dla mnie kolejne wyzwanie. Tam, gdzie grałem, atmosfera w zespołach była fajna, chociaż na początku trudno mi było, ze względu na barierę językową, „złapać” kontakt z miejscowymi zawodnikami. Przypomina mi się zabawna sytuacja, kiedy mówili do mnie: „Zbyszek, dziś wieczorem będzie bulli”, a ja na to, że mnie kręgle nie interesują. Było trochę śmiechu, bo chodziło o imprezę. Szybko jednak nauczyłem się węgierskiego i do dziś swobodnie mogę się nim posługiwać – opowiada Z. Pyszniak.

Z tytułem mistrza Węgier i kolejnym doświadczeniem wrócił do Polski, wiążąc się kontraktem najpierw z mającym w tamtych latach spore ambicje sportowe Spartakusem Jelenia Góra, a następnie wrócił do drugoligowego już wtedy lubelskiego Startu.

TELEFON Z TARNOBRZEGA

O tym, że dwa razy nie należy wchodzić do tej samej rzeki, przekonał się bardzo szybko. Po przegranej walce o awans do ekstraklasy z Polonią Przemyśl, a następnie barażach z Polonią Warszawa, lubelscy działacze winą za brak wyniku obciążyli przede wszystkim Zbigniewa Pyszniaka.

– To były oczywiście czyste bzdury z ich strony, bo ja nigdy nie odpuszczałem. Postanowiłem więc odejść i poszukać sobie innego klubu – wspomina.

Okazja do zmiany barw klubowych nadarzyła się bardzo szybko, bo zawodnik z takim nazwiskiem na brak ofert nie mógł narzekać. Wybrał Tarnobrzeg. Dlaczego?

– Grający wtedy w Tarnobrzegu Stasiu Szwedo zadzwonił do mnie, i powiedział, że w Siarce trenerzy, bracia Zbigniew i Marek Szczytyńscy, budują zespół z aspiracjami na awans do ekstraklasy, dlatego długo się nie zastanawiałem. Z Lublina do Tarnobrzega jest rzut beretem, więc zdecydowałem się na grę w Siarce. Czy wtedy wiązałem z Tarnobrzegiem plany na przyszłość? Trudno dziś odpowiedzieć, ale tak się stało i nie żałuję – opowiada.

Z Siarką awansu do ekstraklasy jako zawodnik nie wywalczył. Marzenia o ekstraklasie dla Tarnobrzega miały się spełnić dopiero wiele lat później.

Zbigniew Pyszniak na ligowych parkietach grał do 42. roku życia, a mimo to ze łzami w oczach opuszczał boisko podczas specjalnie zorganizowanego, pożegnalnego meczu, w którym zagrali jego przyjaciele z całej Polski, między innymi Jarosław Jęchorek (Lech Poznań) czy Andrzej Klee (Resovia Rzeszów). Na ławce trenerskiej siedział wówczas nieżyjący już dziś twórca potęgi Resovii, Mieczysław Raba.

MARAZM MNIE NIE INTERESUJE

Gdy rozmawiamy o koszykówce, Zbigniew Pyszniak zawsze podkreśla, że nie interesuje go bierność i bezczynność. Zawsze stawiał sobie ambitne cele. Tak było w Kętrzynie, Gdańsku, Lublinie, w Bytomiu i na Węgrzech. Tak jest również w Tarnobrzegu.

– Trener Andrzej Kuchar powiedział mi kiedyś, żeby stawiać sobie wysoko poprzeczkę, bo tylko wtedy można coś osiągnąć. Kiedy przyjechałem do Tarnobrzega, wielkich ambicji nie było. Zespół od trzydziestu lat grał w drugiej lidze. Mnie taki zastój nie interesował i postanowiłem, że trzeba to zmienić. Gdy po awansie do pierwszej ligi powiedziałem, że w Tarnobrzegu będzie ekstraklasa, wiele osób pukało się w czoło. Pyszniak zwariował czy co? Udowodniłem, że jak się czegoś chce, to można to zrobić. Dziś już siódmy sezon gramy w krajowej elicie, a takie miasta jak Wrocław, Poznań, Warszawa czy Kraków, mające bogate koszykarskie tradycje, mogą na razie o tym tylko pomarzyć – zaznacza.

TRUDNE POCZĄTKI

Dziś sportowy Tarnobrzeg, a przede wszystkim fani koszykówki nawet z odległych zakątków regionu, tłumnie pojawiają się na meczach ekstraklasy w hali MOSiR. Mimo że Siarka nie należy do krajowych potentatów, i z roku na rok walczy o utrzymanie, to kibice mają okazję zobaczyć na jej meczach nie tylko reprezentantów Polski, ale także innych krajów, w tym graczy z przeszłością w NBA.

Początki rewolucji w tarnobrzeskiej koszykówce, o której była mowa na wstępie, nie były jednak łatwe, bo ówczesne władze KS Siarka, na czele z byłym prezesem Robertem Niedbałowskim, postanowiły „wykończyć” ligowy basket w Tarnobrzegu, wykluczając „kosza” ze struktur klubowych.

– Basket to moja miłość i nie mogłem się z tym pogodzić. Postanowiłem, że koszykówka w Tarnobrzegu będzie i to na dobrym poziomie. Założyłem Autonomiczną Sekcję Koszykówki KS Siarka, a pomocną dłoń w tych trudnych momentach wyciągnął do mnie ówczesny prezydent Tarnobrzega Jan Dziubiński. Następnie mogłem liczyć na pomoc kolejnego włodarza Norberta Mastalerza, a obecnie koszykówce na ekstraklasowym poziomie ze sportowej mapy Tarnobrzega nie pozwala zginąć prezydent Grzegorz Kiełb. Jestem wdzięczny włodarzom miasta, że zawsze przychylnym okiem patrzyli i patrzą na „kosza” i że doceniają moją pracę. Jestem przekonany, że w niedługim czasie koszykarska Siarka będzie mocniejsza zarówno pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. To moje marzenie i jak zwykle wierzę, że się uda. Nigdy się nie poddaję i dążę do celu – podkreśla trener.

RODZINNE ŚWIĘTA

Najwierniejszymi kibicami i największym wsparciem dla prezesa i trenera KKS Siarka jest rodzina, także przez lata związana ze sportem.

Synowie grali w koszykówkę, natomiast żona, Bogumiła Karpińska, to była siatkarka, wychowanka Radomki Radom, a następnie zawodniczka Kolejarza Katowice, ligi austriackiej oraz Siarki Tarnobrzeg, znana także pod panieńskim nazwiskiem Nowakowska.

– Starszy syn, Michał, już dawno nie ma nic wspólnego z koszykówką, ponieważ prowadzi działalność menadżerską w turystyce, natomiast Piotrek przestał grać z powodu kontuzji i obecnie pomaga mi w prowadzeniu klubu. Bogusia jest bardzo wyrozumiała, chociaż nigdy nie przyznałem się jej, ile włożyłem prywatnych pieniędzy w koszykówkę, bo mogłoby być gorąco. Ja na koszykówce od dawna już nie zarabiam. Prowadzę dwa bary i z tego żyję. Jak spędzę święta? Tradycyjnie, rodzinnie, z tym że te będą wyjątkowe, bo w tym roku zostałem dziadkiem, więc z wnukiem będzie jeszcze radośniej – cieszy się Zbigniew Pyszniak, dodając, że poza życzeniami zdrowia, marzy mu się pod choinką możny sponsor tarnobrzeskiej koszykówki.

ZBIGNIEW BERNAT

Może zainteresują Cię również wpisy oznaczone podobnymi tagami:

Podziel się:

2 komentarze

  1. Haha tłumy na hali:-D chyba po.flaszce wódki jak.sie widzi podwojnie:-D jak siarka spadnie do 1 ligi to jak ma być silniejsza organizacyjnie i sportowo? Sponsorów nie ma i nie będzie. Nie wiadomo czy nie skończymy jak stal czyli w 3 lidze..

Zostaw odpowiedź