„Mientowa” kuchnia w sieci

0

mien ta (Medium)Czy to możliwe, by ktoś, kto jeszcze niedawno dzwonił do mamy z  pytaniem, jak się gotuje ziemniaki, przez  większość dzieciństwa jadł głównie naleśniki, a  mając przed sobą perspektywę gotowania, chciał uciec, gdzie  pieprz rośnie, dziś tworzył własne przepisy na potrawy, i to takie, z których korzystają ludzie w całej Polsce? – Możliwe!  – odpowiada ze śmiechem DIANA KOWALCZYK, a jej historia jest najlepszym dowodem na to, że mówi prawdę.

Diana Kowalczyk, przedstawiając się, jednym tchem wy-mienia, że jest 26-letnią tarnobrzeżanką, szczęśliwą żoną,  miłośniczką tatuażu artystycznego i właścicielką pseudonimu „Mienta”. Jest także szefem kuchni, ale nie jakiejś restauracyjnej, tylko swojej, a właściwie należącej do mamy,  bo chwilowo wraz z  mężem mieszka u  rodziców.

W  tej  kuchni niemal każdego dnia powstają smakołyki, których  zapach wypełnia cały dom, a  apetyczny wygląd i  sposób  podania sprawiają, że nie ma ludzi, którym na widok tychże  frykasów nie ciekłaby ślinka. Do tego jeszcze dochodzi to,  co najważniejsze, czyli smak sprawiający, że ci, którzy jedzą  potrawy Diany, mówią krótko: „Palce lizać…”. Wielkie rzeczy! – ktoś powie. – Przecież we wszystkich  domach się gotuje, a owoce tej czynności zwykle znajdują  amatorów.

Zgadza się, ale nasza bohaterka nie tylko pitrasi  i piecze, ale potem swoim daniom robi zdjęcia i po dołączeniu do nich przepisu umieszcza na kulinarnym blogu  mientablog.com, którego jest autorką. Każdego dnia do tej  wciąż pęczniejącej, wirtualnej książki kucharskiej zaglądają  setki Polaków. Szukają oni pomysłów na obiady, przekąski  i  desery. Wielu z  nich, gdy już wypróbuje jakiś przepis  „Mienty”, umieszcza pod nim komentarze, w  których aż  roi się od pochwał.

Młoda kucharka nie ukrywa, że wciąż ją zaskakują miłe  słowa kierowane pod jej adresem. Jeszcze bardziej zaś nie  może nadziwić się temu, że prowadzony przez nią blog cieszy się dużą popularnością, a obcy ludzie jej kulinarne eksperymenty przenoszą do własnych kuchni.

– Kilka lat temu,  gdy skończyłam liceum, wyjechałam za granicę i wtedy stało  się jasne, że o gotowaniu nie mam zielonego pojęcia. Wstyd  się przyznać, ale nie wiedziałam nawet, ile soli sypie się do  ziemniaków. Wynikało to z tego, że wychowałam się w domu,  gdzie zawsze była albo mama, albo babcia. W związku z tym,  gdy wracałam ze szkoły, zawsze czekał na mnie i moją siostrę  obiad. Szczerze mówiąc, niespecjalnie rwałam się do tego,  aby podpatrywać, co i jak przygotować, zwłaszcza że byłam  niejadkiem, więc z jedzenia nie czerpałam przyjemności. No,  chyba że akurat były naleśniki– opowiada tarnobrzeżanka.

Moment, w którym Diana opuściła rodzinne gniazdo, okazał się przełomowy. Zmuszona, by samodzielnie przygotowywać sobie coś do jedzenia, albo z prośbą o instrukcje dzwoniła  do mamy, albo podpatrywała kulinarne zmagania swoich  współlokatorek. Tak czy siak, gotowanie było dla niej nie-zwykle stresujące; o braniu się za pieczenie nawet nie chciała  słyszeć. Taki stan rzeczy trwał do chwili, w  której poznała  Mateusza.

– Od pierwszego spotkania czułam,  że zostanę jego żoną– wspomina Diana – a że  (jak każda kobieta) wiedziałam, którędy przebiega droga do męskiego serca, zaczęłam przygotowywać dania dla Mateusza. Zawsze bardzo mu  one smakowały. Słowa jego szczerego uznania  stopniowo zaczynały zmieniać moje podejście  do gotowania i… do pieczenia! Tak, tak, stres  zniknął, a  przebywanie w  kuchni zaczęło mi  sprawiać przyjemność.

Po czasie, w  którym kurczowo trzymała  się maminych bądź znajdowanych w różnych  miejscach przepisów, przyszedł moment na  pierwsze kulinarne eksperymenty. I  tu, ku  swojemu ogromnemu zaskoczeniu, przyszła  blogerka odkryła, że dania będące w całości  jej autorskimi wcale nie są gorsze od tych wymyślonych  przez doświadczonych kucharzy. By móc z nich skorzystać  w  przyszłości, Diana zaczęła spisywać je na małych karteczkach, a  potrawom, z  których była szczególnie dumna,  robiła zdjęcia. Po co? Żeby – zanim znikną z talerza – móc  pokazać je mamie.

Wspomniane skrawki papieru miały jednak to do siebie,  że lubiły ginąć. Nasza bohaterka wpadła więc na pomysł,  by wklepywać je do komputera, a potem umieszczać w Internecie na ogólnodostępnym portalu z przepisami. Było  to w  styczniu bieżącego roku. Zaledwie miesiąc później  „Mienta” zapragnęła wziąć udział w konkursie przeznaczonym dla osób lubiących i umiejących gotować. Był tylko jeden warunek – posiadanie kulinarnego bloga. Natychmiast  go założyła, a konkurs wygrała. Dopiero wtedy odkryła, jak  wielką społeczność skupia blogosfera!

Więcej w papierowym wydaniu „TN”.

mien ta (Medium)

Diana Kowalczyk

 

Może zainteresują Cię również wpisy oznaczone podobnymi tagami:

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.