.

Na dachu Europy [W najnowszym TN]

0

Piotr Koryciński ze Stalowej Woli wzdraga się, kiedy nazywa się go alpinistą, choć akurat ma za sobą zdobycie najwyższego szczytu Alp właśnie. Tym bardziej nie czuje się himalaistą. Taternikiem? Bieszczadnikiem? Beskidnikiem? No, to już prędzej.

Górami interesował się od zawsze, ale gdzieś tak od 5-6 lat stało się to dla niego czymś więcej niż tylko rekreacyjną, weekendową turystyką. Po zmianie pracy zrobiło się łatwiej, bo sam stał się dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem. Można było myśleć o czymś więcej niż tylko jednodniowe wypady w Tatry. Zaczęła procentować i przydawać się tężyzna wypracowana w czasie 15 lat pracy w charakterze trenera pływania. I chęć zmierzenia się z wyzwaniami, jakich do tej pory nie znał. Najprościej było samotnie. Bo choć fajnie jest mieć w górskiej turystyce kogoś, na kim można polegać, to życie jest życiem: każdy ma rodzinę, obowiązki i ograniczenia z tym związane. Żony w tę pasję nie wciągnął. Ma lęk wysokości. Córkę już oswaja z górami. Na razie w wieku trzech lat zdobyła, od początku do końca na własnych nóżkach, Babią Górę. Wcześniej miała już zaliczone Morskie Oko i Kasprowy Wierch. Zamiast, jak większość, dreptać po górach po to, aby podziwiać z nich widoki, zaczął na te same góry, które kiedyś „zaliczył” w wejściach dziennych, uprawiać wejścia nocne, później nocne zimowe, oraz takie, by znaleźć się na szczycie przed wschodem słońca, i z takiej perspektywy go oglądać. – Starałem się to robić trochę inaczej niż wszyscy – mówi o swoich pomysłach na zdobywanie szczytów. To absolutnie inny rodzaj wyzwań, potrzebne są inne przygotowania, inne wyposażenie, inne nastawienie. Wiadomo: krótki dzień, niskie temperatury, zagrożenie lawinowe. Wylicza te zdobycze, niektóre po kilka razy zaliczone: Rysy, Babia Góra, Tarnica, Świnica, Kościelec, Kozi Wierch – najwyższa góra leżąca całkowicie w granicach Polski… (r)

Więcej w papierowym i elektronicznym wydaniu „TN”.

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.