.

Nie było nas…

0

Nowy prezydent Stalowej Woli, rządzący miastem od roku, wielokrotnie skutecznie udowadniał, że od swego poprzednika różni się w zasadzie wszystkim. Jest jednak coś, co ich obu łączy: i jeden i drugi, gdyby tylko mogli, cięliby bez litości lasy, zajmujące obecnie ok. 60 proc. obszaru Stalowej Woli i stanowiące główną przeszkodę w rozwijaniu miasta zajmującego 83 kilometry kwadratowe.

Poprzedni prezydent usiłował bez większego powodzenia walczyć w stolicy o to, aby uprościć procedury wylesieniowe na tyle, by miasto mogło rozwijać swą tkankę gospodarczą na terenach, na których obecnie rosną lasy. Jednym z powodów tej aktywności były starania o względy megainwestora potrzebującego 50 hektarów pod budowę dużej huty. Za każdym razem wracał Andrzej Szlęzak ze stolicy na tarczy, mogąc tylko rozłożyć ręce jak najszerzej i wyznać, że „Lasy Państwowe to państwo w państwie”. I zapowiadał, że rozwój Stalowej Woli może się w tej sytuacji odbywać w zasadzie tylko poprzez rozszerzanie jej granic administracyjnych. ROZWÓJ KONTRA ZIELONE PŁUCA Nowy prezydent nie odżegnuje się od poszerzania granic miasta, za priorytet (przynajmniej w obecnej kadencji) uznaje jednak wykorzystanie tych rezerw, które leżą w jego granicach obecnie. Wskazuje na lasy, to „błogosławieństwo i przekleństwo” Stalowej Woli. Na jednej z konferencji prasowych wyrwało mu się nawet, że w jeden dzień by wyciął – gdyby tylko miał taką możliwość – potrzebne do odblokowania rozwoju miasta 50 czy 60 ha lasów na terenach sąsiadujących ze strefą przemysłową wokół dawnych obszarów Huty „Stalowa Wola”… (r)

WIĘCEJ W NAJNOWSZYM WYDANIU ”TYGODNIKA NADWIŚLAŃSKIEGO” LUB eTN.

jedynka51

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.