Pod ich dachem sypiał Leopold Staff

0

Miał wtedy jakieś dziesięć lat. Któregoś dnia ojciec dał mu konie i polecił jechać na stację kolejową po wuja – księdza, który zapowiedział, że przyjedzie odwiedzić rodzinne strony. Duchowny nie był sam. Towarzyszył mu starszy pan z bródką i jego żona, która trzymała na rękach psa. Młodemu woźnicy ten pies zapadł w pamięć o wiele bardziej niż jego właściciel. Nie wiedział wtedy jeszcze, że był nim jeden z największych polskich poetów.

Był ostatni dzień maja 1957 roku. Około godziny 10, w małym pokoiku na plebanii przy parafii św. Józefa w Skarżysku-Kamiennej zmarł Leopold Staff. Jan Kosidowski wykonał serię zdjęć poety na łożu śmierci. Kilka dni później zostały one zamieszczone na łamach popularnego tygodnika „Świat”. Widać jak nad zmarłym pochylają się krewni i znajomi. W grupie osób, nieco z tyłu, jakby na drugim planie, majaczy sylwetka księdza w charakterystycznych okrągłych okularach. To Antoni Boratyński, skarżyski proboszcz i jeden z najbliższych powierników Leopolda Staffa w ostatnich kilkunastu latach jego życia. Poznali się pod koniec wojny i od tamtej pory pozostawali w przyjaźni.

Maleńkie Dąbie to prawie przedmieście Zawichostu. We wsi stoi jeszcze drewniany dom, w którym wychował się ks. Boratyński. Od lat nikt w nim nie mieszka, ale posesja utrzymywana jest w porządku. Na cmentarzu w pobliskim Czyżowie Szlacheckim znajduje się rodzinny grób przodków księdza, a także jego sióstr, braci i ich potomków. Niewtajemniczonym trudno będzie go odnaleźć, choć jest okazały i znajduje się tuż przy głównej bramie. Na żadnej z tablic nie figuruje jednak nazwisko Boratyńskich, bo młody Antoni, z przyczyn których dziś trudno byłoby już dociekać, zmienił rodowe miano. Jego antenaci pisali się Cebula. Rodzinną historię opowiedział mi Lech Obarski. To on był tym małym furmanem, wożącym Staffów i ich przyjaciela – proboszcza po bezdrożach Sandomierszczyzny. Matka Lecha, Irena z domu Barszcz, była córką rodzonej siostry Antoniego Boratyńskiego, Feliksy, i chrześnicą księdza. Przyszły duchowny miał liczne rodzeństwo. Jego rodzice, Jan Cebula i Franciszka z Bartosów dochowali się ośmiorga dzieci – czterech córek i tyluż synów. Wszystkich wywianowali jak się patrzy. Jan kupił szmat ziemi od dziedzica Piotrowic i, jak głosi familijna saga, każdej z latorośli zapisał trzy morgi. Córka Maria, po mężu Frączek, dożyła prawie stu lat. Pisywała wiersze, a czasem podobno nawet przemówienia dla miejscowych notabli. Syn, Stanisław, wykształcił się i został nauczycielem. Tragiczny okazał się los wspomnianej już Feliksy, która razem ze swoim małżonkiem zginęła podczas ostrzału na przyczółku baranowsko-sandomierskim. Antoni Boratyński, podobnie jak jego brat Stanisław, był przez rodziców kształcony. Zdaniem krewnych, nim trafił do seminarium, mógł studiować polonistykę we Lwowie. Czy jest możliwe, że już wtedy poznał Staffa? Lwów, jak wiadomo, był rodzinnym miastem poety, jednak obu późniejszych przyjaciół dzieliła duża różnica wieku. Boratyński (rocznik 1905), był prawie 30 lat młodszy od duchowego przywódcy skamandrytów… (rs)

WIĘCEJ W NAJNOWSZYM WYDANIU ”TYGODNIKA NADWIŚLAŃSKIEGO” LUB eTN.

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.