Popowodziowa znieczulica

1

SZCZEPAN HALINIARZ (na zdjęciu), mieszkaniec sandomierskiego Koćmierzowa, od powodzi nie może uprawiać swojego pola, bo zalegają na nim kamienie, fragmenty płyt betonowych i naniesiony z rzeki piasek. Mężczyzna chodzi od urzędu do urzędu, ale nikt go nie chce słuchać. Mało tego, musi płacić podatek gruntowy, mimo że pola nie da się uprawiać i od trzech lat nic na nim nie urosło.

Tę sprawę opisywaliśmy już kilka miesięcy temu. Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Gdy wówczas pisaliśmy o sytuacji S. Haliniarza, mężczyzna miał jeszcze jakieś nadzieje. Chodził od urzędu do urzędu, słał pisma, prosił, aby ktoś oczyścił jego 2,5-hektarowe pole, by mógł je wreszcie uprawiać. Teraz sytuacja pana Szczepana zmieniła się o tyle, że już stracił nadzieję na pomoc. Mimo to nadal chodzi do urzędów, ale bez przekonania. Czuje się jak intruz, który prosi o coś, co jest niemożliwe do spełnienia. Nie z jego winy doszło do powodzi, nie jest też winny, że jego pole leży tuż obok miejsca, gdzie woda w 2010 roku przerwała wał na Wiśle. A to pole jest jego jedynym źródłem utrzymania. Nie ma pracy. Jest na utrzymaniu siostry. – Robię, co mogę, żeby mi pomogli, ale nikogo to nie interesuje. W takiej sytuacji człowiek jest bezradny. Już nie wiem, co mam robić, do kogo się zwrócić. Chętnie bym to pole sprzedał, ale nikt go nie kupi, bo nie da się go uprawiać. W zeszłym roku zasiałem gorczycę, ale nic nie urosło. A podatek muszę płacić i to wysoki, bo w ewidencji przypisano temu gruntowi pierwszą klasę. Nikt nie pyta, czy go uprawiam, czy mnie stać na opłacenie podatku. Po powodzi, jak premier był na wałach, to obiecywał, że dostaniemy pola w takim stanie, jak przed powodzią. I co? Na obietnicach się skończyło – żali się mężczyzna. (…)

Józef Żuk

Więcej w papierowym wydaniu „TN”.

Może zainteresują Cię również wpisy oznaczone podobnymi tagami:

Podziel się:

1 komentarz

  1. Może zamiast chodzić od urzędu do urzędu powinien przez te trzy lata uporządkować sobie pole?