Sandomierski sen o potędze

0

Sandomierskie mrzonki o  inwestycjach przypominają próbę startu samolotu bez pasa startowego. A gromy spadaja na pilota. Pretekstem do napisania tego tekstu była pewna dyskusja, podczas której pod adresem byłego i aktualnego burmistrza Sandomierza podniesiono zarzuty o braku zainteresowania pozyskaniem inwestorów, dzięki którym zwiększyłby się gospodarczy potencjał miasta oraz liczba miejsc pracy.

Zdaniem rozmówców powodem mizerii jest brak inwencji władz, które nie potrafią wykorzystać magnetycznej marki Sandomierza i skutecznie zachęcić inwestorów do osadzania się w mieście. Problem nie jest nowy, bowiem temat ten podnoszony był także na sesjach sandomierskiej Rady Miasta, a bodaj najaktywniejszym mówcą był radny Andrzej Bolewski, który wielokrotnie występował z inicjatywą przyłączenia Sandomierza do Tarnobrzeskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Sekundowali mu inni radni, postulując wprowadzenie preferencyjnych warunków:  ulg  podatkowych  i  czynszowych  czy  odpowiednio niższych  cen  przy  sprzedaży  gruntów  dla  przedsiębiorców. Nawet gdyby to miała być przysłowiowa złotówka.

Z jednej strony propozycje te można uznać za pozytywny objaw troski o miasto, ale z drugiej świadczą one albo o braku realizmu ze strony pomysłodawców, albo o braku  podstawowej  wiedzy  o  gruntowych  zasobach  miasta. Najdziwniejsze jest jednak, że zarzut ten postawić można radnym z wielokadencyjnym stażem, dla których problemy miasta powinny być wręcz oczywiste. Problem  w  tym,  iż  przed  przestawianiem  takich  propozycji  należałoby  zaznajomić  się  z  zasobami  miejskich gruntów, które mogą być przeznaczone pod inwestycje.

Tak się składa, że w Sandomierzu z tym nader krucho. Sandomierz należy do miast bardzo ubogich w grunty mogące zainteresować ewentualnych inwestorów. Ściśnięty w ciasnych granicach, wręcz dusi się, nie mając możliwości głębszego inwestycyjnego oddechu. Sytuacji nie poprawia atrakcyjne skądinąd pagórkowate ukształtowanie terenu.

Z informacji uzyskanych od burmistrza Marka Bronkowskiego wynika, że jeśli chodzi o grunty pod inwestycje, w grę wchodzi tylko około 25 hektarów tzw. Gęsiej Górki,  zlokalizowanej  w  prawobrzeżnej  części  miasta i  wciśniętej  między  Wisłę  a  Trześniówkę.  Mimo  bliskości obiektów kolejowych, trudno mówić o większej atrakcyjności  tego,  położonego  w  strefie  zalewowej, nieuzbrojonego terenu o skromnych możliwościach komunikacyjnych. Szkoda więc, że urzędnicza ignorancja przeszkodziła  w  zagospodarowaniu  tego  terenu.  Zdarzyło się bowiem, że trafił się inwestor, który na Gęsiej Górce chciał budować zakład produkcji opakowań, ale nie został należycie obsłużony i zrezygnował.

Miasto  dysponuje  jeszcze  sześcioma  hektarami  terenu przylegającego do bazy Nijman/Zeetank, ale póki co w  planie  zagospodarowania  przestrzennego  miejsce  to przeznaczone jest na sady i ogrody. (…)

Jan Adam Borzęcki

Więcej w papierowym wydaniu „TN”.

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.