Tak się na wsi robi wieś [Reportaż]

1

Ona jest ze Szczecina, on z Jaworzna. Jeszcze parę lat temu nawet nie przypuszczali, że mogliby zamieszkać w tej części Podkarpacia, we wsi, która pozornie niczym szczególnym nie wyróżnia się na mapie regionu. Przyjechali jednak tutaj i postanowili żyć tak, jak zawsze chcieli. Założyli gospodarstwo agroturystyczne, które odwiedzają goście z całej Polski. Niedawno zostało ono nagrodzone prestiżowym ekocertyfikatem „Blisko Natury”.

Zawsze wiedzieliśmy, że osiądziemy na wsi. Ja jestem z Pomorza, Marcin ze Śląska, a poznaliśmy się i mieszkaliśmy razem w Krakowie. Gdzieś z tyłu głowy kołatała się nam jednak myśl, że my tego miasta nie chcemy w naszym życiu na dłuższą metę – mówi Joanna Kurnik, która niebawem pierwszy raz zostanie mamą. Z wykształcenia jest kulturoznawcą. – Początkowo plany były zupełnie inne. Najbliżsi sąsiedzi mieli być dużo dalej niż tutaj. No i przede wszystkim to miały być góry. To był priorytet. Stąd, z Alfredówki, pochodzą moi dziadkowie, ale w naszym planie nigdy nie brałam tego miejsca pod uwagę. W ogóle nie myśleliśmy o tych terenach.

Ale plany to jedno, a życie to drugie. W pewnym momencie stanęliśmy przed wyborem – już teraz przenosimy się do Alferdówki i próbujemy żyć tak, jak to sobie zakładaliśmy, albo będziemy dalej żyć w mieście czekając na to, że być może kiedyś uda się nam rozpocząć życie w jakimś innym, takim bardziej wymarzonym miejscu. No i wybraliśmy tę pierwszą opcję – mimo że tutaj jest płasko, nie ma żadnych pagórków, a sąsiedzi – jak nam się wtedy wydawało – są za blisko.

Zrobiliśmy to na wariata. W sierpniu ten pomysł przyszedł nam do głowy, a w październiku już byliśmy tutaj – dodaje Marcin, jej mąż, który nazywa siebie wiochmenem, a do niedawna prowadził nawet internetowy blog o takiej nazwie, na którym opisywał codzienne życie na wsi. Z wykształcenia mediator. Ich gospodarstwo nosi prostą, ale jakże wymowną nazwę – „Dobre Miejsce”.

STODOŁA, LAS, OWCE

Zanim usiedliśmy, aby porozmawiać o tym jak ludzie z wielkich miast „robią” wieś, sprzedają ją i uczą jej innych, poszedłem z Marcinem za stodołę. Dopiero co wrócił bowiem z Nowej Dęby i musiał nakarmić owce. Nie jakieś tam zwykłe owce, ale „wrzosówki”. To jedna z najstarszych polskich ras. Niegdyś były bardzo popularne na tych terenach i właśnie dlatego nasi bohaterowie kilka miesięcy temu zafundowali sobie takie stadko. To nie był zwykły kaprys. W planach mają bowiem także hodowlę innych rodzimych gatunków, które dziś są tu rzadkością (pisaliśmy o tym szerzej kilkanaście tygodni temu). Za stodołą rośnie sosnowy las, przez środek którego prowadzi ścieżka. Pomiędzy drzewami rozwieszone są hamaki, porozstawiane ławki i leżaki. Za lasem, obok łąki, na której zazwyczaj pasą się owce, znajdziemy dwa oczka wodne. Nigdy w życiu nie widziałem drugiego takiego „ogrodu”. Sama stodoła zresztą też niebawem będzie dość niezwykła. Niedawno w jej wnętrzu odbyły się warsztaty budownictwa naturalnego, podczas których na jedną z jej ścian nałożono izolację z kostek słomy, a następnie gliniany tynk. W niedalekiej przyszłości podobna przebudowa czeka kolejne ściany i dach, w efekcie czego powstanie solidny i ciepły, a przy tym do bólu ekologiczny budynek.

WIEJSKA CHATA

Siadamy przy stole w kuchni, która niegdyś była… oborą. Na jednej ze ścian odkryte surowe cegły. Na innych przykryto je niedbale tynkiem w taki sposób, że wyglądają na oblepione gliną i jedynie pomalowane. W rogu stoi biały piec kaflowy, a na nim śpi kot. Nad kuchenką na haczykach wiszą chochle, sitka, cedzaki i tym podobne. Pod spodem w węglarce leżą szczapy drewna.

Siedzimy w oborze. To znaczy tutaj kiedyś była obora, a później składzik – mówi Joanna. – Dom w latach pięćdziesiątych zbudował mój dziadek. To taka typowa podkarpacka chałupa z bali. Drzwi pośrodku, dwoje okien i tak dalej. Wprowadzając się tutaj zmieniliśmy funkcjonalność poszczególnych izb, ale nie zmieniliśmy starych rozwiązań, jak na przykład tego, że nie ma tutaj centralnego ogrzewania. W pokojach są piece i w każdym trzeba grzać osobno.

To były przemyślane decyzje. Od początku wiedzieliśmy bowiem, że chcemy tutaj prowadzić agroturystykę. Chociaż długo boksowaliśmy się z tym pojęciem i z tym, jak ta agroturystyka ma wyglądać. Widzieliśmy ją w takim stricte rolniczym stylu – po prostu, że będzie to uzupełnienie gospodarstwa rolnego. Zastanawialiśmy się jednak jak to połączyć – dodaje Marcin.

Na początku mieliśmy z tym problem. Rynek agroturystyczny jest bowiem dziś na tyle szeroki, czy może raczej zepsuty, że pod tą nazwą można znaleźć wiele bardzo różnych ofert. Wiele miejsc, które mają standard hoteli, funkcjonuje pod tym pojęciem. No i jak masz zamiar się tym zająć, to tak naprawdę nie wiesz do czego równać. Serce mówi jedno, a w dostępnych na rynku ofertach widzisz rzeczy bardzo od tego odległe, bardzo odległe od starego wiejskiego domu – kontynuuje Joanna.

Nie uświadczymy tutaj zatem pokoi z łazienkami. Te w domu są dwie i wyglądają bardzo klimatyczne. Na ich ścianach odsłonięto poprzetykane mchem drewniane bale, z których wykonany jest budynek. Całość została kilkanaście razy zaimpregnowana, a na koniec pomalowana lakierem do pokładów jachtów. No i teraz spokojnie można lać po nich wodę, jak po płytkach.

SZALONY POMYSŁ

Nietrudno się domyślić, że w coraz bardziej postępowej wsi muszą uchodzić za dziwaków, którzy, zamiast znaleźć sobie normalną pracę i zająć się czymś poważnym, wpadli na absurdalny pomył zapraszania tutaj turystów.

Wszyscy się dziwili. Mało tego – większość wróżyła nam szybkie fiasko naszego pomysłu na życie. Myśleli, że poumieramy z głodu, bo przecież się z tego nie utrzymamy, bo tutaj nikt nie przyjedzie. Mieszkańcy Alferdówki uważali, że nie ma tutaj niczego, co mogłoby być uznawane za atrakcyjne. My mieliśmy zupełnie inny punkt widzenia. Przyjechaliśmy z zewnątrz, więc inaczej patrzyliśmy na wszystko. I dla nas wszystko było atrakcyjne – choćby to, że tutaj nie ma miejskiego hałasu. OK – nie ma gór. Ale dla nas interesujące były te lasy, ugory, zwierzyna, ptactwo. Uznaliśmy, że dla naszych gości to też takie będzie – tłumaczy Joanna.

I okazało się, że mieli rację. Ich pierwszymi gośćmi byli fotograficy, którzy przyjeżdżali na plenery, podczas których fotografowali tutejszą przyrodę. A jest co fotografować choćby w pobliskiej Budzie Stalowskiej, gdzie pomiędzy lasami działa wielkie gospodarstwo rybne.

Przez pierwszy rok nie wiedzieliśmy, że tuż obok jest piękna rzeka do spływów kajakowych, że Łęgiem można popłynąć tracąc zupełnie kontakt z otaczającym nas światem, bo płynie się w takim zagłębieniu. Szybko doszliśmy do wniosku, że nasz pomył na agroturystkę to właśnie ten kontakt z przyrodą, a także spokój, którego można tutaj zaznać – mówi Marcin.

NIE MA NUDY

Ale ten pomysł to także niepozostawianie gości samych sobie. Wieczorami zazwyczaj siedzą z nimi i do późna rozmawiają na różne tematy. A jak ktoś nie lubi za dużo rozmawiać to może skorzystać z bogatej biblioteki, którą zlokalizowano w przedpokoju. Na półkach rozciągających się od podłogi po sufit znajdziemy książki praktycznie z każdej dziedziny literatury i o niemal każdej tematyce, a także quizy czy gry planszowe. W dzień na terenie gospodarstwa odbywają się różne warsztaty – zielarskie, fotograficzne, czy robótek ręcznych. Marcin i Joanna „wysyłają” turystów w najciekawsze i najbardziej urokliwe miejsca regionu, lub sami im je przedstawiają. Spragnieni typowo wiejskiego życia mogą też karmić i oporządzić owce, czy porąbać trochę drewna. Jeśli tylko czują taką potrzebę. Jeśli nie, to mogą po prostu bezczynnie poleżeć w hamaku. Zapytani o to, skąd przyjeżdżają do nich ludzie, jednym tchem wymieniają śląską aglomerację, Kraków, Warszawę, a nawet Poznań, Szczecin czy Gdynię. Zdecydowana większość z nich to mieszkańcy wielkich miast, którym, tak jak kiedyś Joannie i Marcinowi, marzy się ucieczka na wieś. Jedni chcą uciec tutaj na chwilę, a inni na stałe, ale najpierw wolą tę wieś przetestować. „Powiochmenić” na próbę.

RAFAŁ NIECKARZ

Może zainteresują Cię również wpisy oznaczone podobnymi tagami:

Podziel się:

1 komentarz

  1. Czy oby tak tam jest może i agro ale nie dosłownie ma być ładnie zdjecie to jedno a rzeczywistosc ”””’