.

W szponach wiartu i lodu [W najnowszym TN]

0

Stalowowolski podróżnik Piotr Koryciński, dzielił się już z naszymi czytelnikami wrażeniami ze swoich niezwykłych wypraw. Niedawno doszedł do wniosku, że pora zmierzyć się z większymi wyzwaniami niż zdobywane zimą Rysy czy nocne wejścia na inne trudne szczyty. Zapachniały mu cztero- i pięciotysięczniki.

Ubiegłoroczny szwajcarski Weissmies ze swoimi 4017 metrami to było coś na „rozdrażnienie apetytu”. Pokazał, że można sięgać po marzenia, nie bacząc na przeciwności. „Chwilę później”, w iście sprinterskim tempie, w zaledwie pięć dni, łącznie z dojazdem i powrotem samochodem do Stalowej Woli, dokonał wypadu na najwyższy szczyt Europy, zaliczany już do Korony Ziemi 4810-metrowy Mont Blanc. Niejako „z rozpędu”, na początku lutego tego roku był kolejny, też 5-dniowy (licząc z podróżą), wypad na najwyższy szczyt północnej Afryki, mierzący 4167 metrów Tubkal w marokańskim Atlasie. No i przyszedł apetyt na coś więcej – pierwsze w życiu pięciotysięczniki. Wybór padł na dwie „górki” Kaukazu – Elbrus i Kazbek.

Kiedy Polska mierzyła się z falą letnich upałów, Piotr pakował ekwipunek do kolejnego wypadu w krainę, gdzie jeszcze jest mróz, lód i śnieg, przenikający wiatr i oślepiająca biel. I powietrze, którym z każdym metrem prowadzącym w górę oddycha się coraz trudniej. Rozplanował wszystko co do najdrobniejszego detalu. Wyliczył, że, łącznie z podróżą, zdobycie obu szczytów, z niewielkim zapasem na zwiedzenie kilku miejsc w Gruzji, zajmie mu dokładnie 19 dni. Samotnie, czyli bez jakiejkolwiek ekipy towarzyszącej lub asekurującej.

Na rosyjskiej i na gruzińskiej ziemi stopę postawił po raz pierwszy w życiu. Miał do dyspozycji tylko opowieści znajomych. Np., że „w tej Gruzji to nie do końca bezpiecznie”, „…a w Rosji to już w ogóle!”. Ale już tak bardziej konkretnie, z radą, co z tą wiedzą zrobić, było gorzej.

Pogranicznik gruziński na lotnisku był przeuprzejmy do czasu, aż zauważył w paszporcie wklejoną rosyjską wizę. Zesztywniał momentalnie: – Po co, dlaczego? – Bo na Elbrus idę. – To następnym razem proszę sobie w Rosji lądować, a nie w Gruzji – oznajmił lodowatym tonem. Diabli wzięli w jednej chwili życzliwe, przyjazne nastawienie do Gruzji, z jakim jechał, razem z Piotrowym wyobrażeniem o tym, jak to życzliwie Gruzini są nastawieni do Polaków. Wprost z trapu samolotu na lotnisku w Tbilisi pojechał do Rosji, atakować Elbrus… (jr)

Więcej w papierowym i elektronicznym wydaniu „TN”.

KUP e-TN (kliknij w obrazek poniżej)

 

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.