Wspomnienia z Zielonego Dębu [W najnowszym TN]

0

W 1997 r. doktor Jan Wereszczyński z  Sandomierza zgodził się pojechać do rodzinnej wioski na Wołyniu, by zbadać ciężko chorą dawną ukraińską sąsiadkę. Wtedy dowiedział się od niej, gdzie dokładnie znajduje się masowy grób, w którym w lipcu 1943 r. pomagał pochować swoich rodziców i rodzeństwo, ofi ary ludobójstwa OUN-UPA.

Ta spisana kilka lat temu opowieść zaczyna się tak, jak może zaczynać się historia każdej rodziny z kresów Rzeczpospolitej, której protoplaści przed wiekami przybyli na te ziemie z Rusi Halickiej. Jej bohaterowie ciężko pracując i wychowując dzieci, do pewnego lipcowego dnia żyli w zgodzie ze wszystkimi sąsiadami w wiosce Zielony Dąb w powiecie Zdołbunów w województwie wołyńskim. Wacław i Weronika Wereszczyńscy mieli córkę Marysię oraz siedmiu synów – Kazimierza, Bolesława, Jana, Ambrożego, Stefana, Piotra i Aleksandra. Gospodarowali na 13,5 hektarach z 5-arowym sadem i półhektarowym przydomowym ogródkiem, które przy ówczesnej technice rolniczej wymagały ciężkiej pracy rodziców i starszego rodzeństwa.Autor cytowanych przeze mnie wspomnień, Ambroży Wereszczyński, młodszy brat mieszkającego w Sandomierzu znanego lekarza internisty, wspominał, że jego rodzina żyła według surowych zasad moralnych, w wierze chrześcijańskiej, a dzieci były wychowane w poczuciu patriotyzmu i szacunku dla rodziców i otoczenia. Na fotografi i z ostatniej wspólnej Pierwszej Komunii z 1939 r. kilkadziesięcioro dzieci z rzymskokatolickiej parafi i Kąty, do której należała malutka wioska Zielony Dąb, stoi na schodach kościoła z księdzem Szymonem Janowskim. „Większość z nas została zamordowana przez UPA. Ci co przeżyli to: Lodzia Jasińska, Marek Wereszczyński i ja, Ambroży Wereszczyński” – pisał w swoich wstrząsających wspomnieniach „Tylko z woli Boga przeżyłem rzeź wołyńską”. Kiedy już paliły się okoliczne polskie wsie, mieszkańcy Zielonego Dębu starali się żyć, jakby tych łun nie było. Ale i u nich w końcu pojawili się banderowcy przebrani w mundury sowieckiej partyzantki, próbując swoim wyglądem oszukać ludzi. Niektórzy nawet uwierzyli, że partyzanci przyszli objąć ich swoją opieką przed „bandami”. Niespełna 14-letni Janek Wereszczyński wcześniej podsłuchał Ukraińców zbierających się w pobliżu Zielonego Dębu, który zamierzali zaatakować jego rodzinną wioskę. Zdążył nawet uprzedzić ojca i matkę o zbliżającym się napadzie, ale ich zwlekanie z ucieczką – jak później wspominał – skończyło się tragicznie…(pn)

Więcej w papierowym i elektronicznym wydaniu „TN”.

KUP e-TN (kliknij w obrazek poniżej)

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.