.

Zbrodnia nieukarana [W najnowszym TN]

0

– Mój tato, Antoni Szkolak, był dobrym, odważnym człowiekiem. W czasie wojny pomagał „jędrusiom”. Żywił ich, w naszym domu w Trzciance była jedna z partyzanckich kryjówek. Za to zginął. Ale nie z ręki Niemców, tylko Polaka. Człowiek, który go zamordował, nigdy nie poniósł za to odpowiedzialności – opowiada 83-letnia Aleksandra Jagoda. Jej relacja ilustruje skomplikowaną polską historię.

– Długo się wahałam, czy opowiedzieć o tym, co przytrafiło się naszej rodzinie. Przeczytałam w „Tygodniku Nadwiślańskim” o losach braci Wiącków. Nawet wysłałam ten numer gazety do siostry, do Wrocławia. Też się popłakała jak to przeczytała. Wspomnienia wróciły, bo nasza historia jest związana z ich losami. Potem ukazał się artykuł o „Jędrusiu” i zdecydowałam się podzielić tym, co przeżyliśmy – mówi mieszkająca dziś w Tarnobrzegu Aleksandra Jagoda. – Jesienią 1944 r. Trzcianka była już wyzwolona. We wsi stacjonowali Rosjanie, a u nas w domu, w dawnej kryjówce „jędrusiów”, przebywali bracia Wiąckowie. 1 listopada wieczorem we wsi pojawiło się kilku uzbrojonych ludzi. Trzcianka była pusta, rosyjskich oficerów akurat tego dnia wezwano na jakąś naradę do Turska. Banda weszła na nasze podwórko. Tato ich zauważył, próbował uciec do sąsiadów. Ale oni z miejsca zaczęli strzelać. Dosięgła go seria, upadł. Mama ukryła się za kopcem ziemniaków, stamtąd widziała, jak jeden z zabójców podszedł do leżącego, przyglądnął mu się i zawołał „to nie ten!”. Potem uciekli. Mama podbiegła do taty, próbowała go podnosić. On coś szeptał, a potem skonał. Do dziś mam ten obraz przed oczami… (wel)

Więcej w papierowym i elektronicznym wydaniu „TN”.

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.