Życie na dwóch kółkach [Reportaż]

0

Amerykański pisarz Mark Twain twierdził, że posiadanie pasji wydłuża życie, jednocześnie je skracając. Sprzeczność pozorna, bo z jednej strony posiadanie hobby sprowadza życiowy optymizm. Z drugiej jednak strony wiadomo, że nic tak nie wydłuża czasu, jak nuda, a skoro realizacja pasji ją wyklucza, wtedy życie biegnie prędzej.

(Tekst pochodzi z Nr 4(1811) Tygodnika Nadwiślańskiego z  28 stycznia 2016 r.)

Powyższy wstęp jak ulał pasuje do Edmunda Bakalarskiego i jego syna Zbigniewa ze Studzianek, których sentyment do motocykli można już chyba nazwać pokoleniowym.

Studzianki to mała wieś na obrzeżu gminy Lipnik, położona w zacisznej dolince, w  której jak za dawnych lat rosną wierzby, a zbocza wąwozu i naturalna roślinność wyciszają natrętny gwar świata. Dołem biegnie wąska, szutrowa, dziś zaśnieżona droga, do której jakoś nie pasuje wielki, nowoczesny ciągnik. Przyczepiona do zbocza wąwozu zagroda Bakalarskich wygląda jakby naturalnie wpisywała się w ten sielski krajobraz, a jej mieszkańcy nie wyglądają na opętanych gorączką świata. Okazuje się jednak, że nie do końca.

Zanim usłyszałem rodzinną sagę z warkotem motocykla w tle, obejrzałem park motocyklowy, bo chyba można tak nazwać kilkanaście ustawionych w szopie motocykli w różnym wieku i kondycji, a w sąsiednim garażu trzy ścigacze – kawasaki Edmunda, honda Zbigniewa oraz własnoręcznie zrobiony motocykl z silnikiem radzieckiego zaporożca.

MOTOCYKL W GENACH

Skoro mówimy o rodzinnej sadze, motocyklowa przygoda musi trwać przynajmniej kilka pokoleń. W tym przypadku trzech, z czego jedno poznaję ze wspomnień Edmunda.

Zaczęło się od jego ojca Stefana, przedwojennego ułana, którego zdjęcie w kolorze sepii zajmuje poczesne miejsce wśród rodzinnych pamiątek. W okresie okupacji był żołnierzem Batalionów Chłopskich, skutkiem czego dom Bakalarskich znalazł się w historii. Bo bynajmniej nie przypadkiem właśnie tu, nocą z 13 na 14 lipca 1944 r., odbyła się konferencja scaleniowa Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich, podczas której podpisano umowę o połączeniu oddziałów obu organizacji na terenie obwodu sandomierskiego, której realizację uniemożliwiły działania wojenne. Ale to już temat na inny tekst.

Po wojnie Stefan Bakalarski zajął się rolnictwem, ale jako przysłowiowa złota rączka był prawdziwym skarbem dla okolicy. Potrafił naprawiać maszyny, konstruować nowe, a nawet naprawiać zegary, których kilka do dziś jest na chodzie. W 1959 roku nabył motocykl, popularną wówczas wuefemkę, stając się jednym z pierwszych w okolicy zmotoryzowanym. Starsi pamiętają, że w tamtych, siermiężnych czasach, kiedy marzeniem był rower, posiadanie motocykla porównać można do posiadania auta naprawdę wysokiej klasy. Nic dziwnego, że kiedy Bakalarski jechał motorem, wzdłuż dróg ustawiały się szpalery ciekawych, a kiedy przystawał, dzieci tłoczyły się, aby dotknąć maszyny. Szczytem szczęścia było choćby na chwilę usiąść na siodełku… Zazdrościły także dzieciom Stefana – dwóm synom i trzem córkom – że mają takie cudo w domu, mogą siedzieć na siedzeniu, a czasem ojciec nawet je wozi! Edmund przyznaje dziś, że jak wtedy połknął motocyklowego bakcyla, tak do dziś go nie odpuszcza. Z tamtych czasów pozostała mu blizna po oparzeniu, jakiego doznał, kiedy po upadku dotknął rozgrzanego silnika. Ale widocznie go to nie odstręczyło, skoro do dziś pozostaje wielbicielem dwóch kółek. I chociaż jako zawodowy kierowca zjeździł kraj wszerz i wzdłuż, największą frajdę sprawiała mu jazda motocyklem. Bo co innego samochód, a co innego poczuć wiatr na twarzy, słyszeć charakterystyczny szum silnika i czuć swobodę. Mówi, że kiedy usiądzie za kierownicą motocykla, czuje się innym człowiekiem, ubywa mu lat, przybywa wiary we własne siły.

Słuchając Edmunda przypominają się filmy drogi, w których dla bohaterów muzyką był szum silnika, a celem wciąż uciekająca linia horyzontu.

DWA KOŁA I COŚ JESZCZE…

Jeździć zaczął wcześnie, bo mając jedenaście, dwanaście lat. Na początku bez wiedzy ojca, korzystając z okazji, że ten nie schował kluczyka. Brata też ciągnęło, ale jakby mniej, a potem mu przeszło.

Pierwszy własny motocykl kupił w 1973 r. Była to przywieziona z Niemiec MZtka, dobry, szybki motocykl z wyższej półki. Dość powiedzieć, że takie były na wyposażeniu policji. Zjeździł nim kawał Polski, a byłby i dalej, ale wtedy się nie dało. A potem były inne. Jeden z nich był z przyczepką, w którą zapakował żonę i ruszyli z wizytą do mieszkających we Wrocławiu krewnych. Ale żona jakoś w tym nie zasmakowała. Ostatnio przez jakiś czas jeździł hondą o pojemności 1100 cm sześciennych, z mocą 100 koni mechanicznych i 300 kg wagi, a jakiś czas temu przesiadł się na kawasaki, 60-cio konnego, szybkiego, zwrotnego „japończyka”, którego sylwetka jako żywo przypomina harleya davidsona. Ale to żaden snobizm, bo za amerykańską legendą Edmund nie przepada i nigdy o nim nie marzył. Z hondy zrezygnował na rzecz syna, który, jako młodszy, lubi mocniejsze maszyny. A ponieważ 10 lat temu przekazał synowi gospodarstwo i przeszedł na emeryturę, ma dużo czasu na motorowe hobby.

Z OJCA NA SYNA

Motocyklowym bakcylem zaraził się syn Edmunda. 36-letni Zbigniew uczył się jeździć na dziadkowej wuefemce, którą zresztą mu ukradli. Potem była WSK, MZtka, jawa i kilka innych, a obecnie, wypróbowana przez ojca honda. Oprócz dróg krajowych Zbigniew miał pod kołami drogi czeskie i słowackie, a w przyszłości ma nadzieję na jeszcze dłuższe wyprawy.

Jest z zawodu mechanizatorem rolnictwa, ale ta profesja jakoś go nie pociąga. Co prawda, prowadzi przekazane mu przez rodziców gospodarstwo, ale bardziej widziałby się w warsztacie naprawy naprawy motocykli. Ma do tego odpowiednie przygotowanie, bo od małego razem z ojcem dłubali przy silnikach, a zresztą robią to w dalszym ciągu naprawiając motocykle znajomych oraz kupione okazyjnie. Także na złomie. Problem trudny, bo zazwyczaj części trzeba szukać długo, a czasem bezskutecznie. Dlatego niektóre motocykle czekają na naprawę nawet kilka lat. Poza tym trzeba być na bieżąco z internetem, mieć kontakty z podobnymi pasjonatami. Sporym doświadczeniem była budowa motocykla własnej produkcji, w którym jako jednostkę napędową zamontowali silnik od radzieckiego samochodu Zaporożec. Motocykl okazał się pojazdem na tyle udanym, że nie tylko jest na chodzie, ale spisuje się znakomicie. Biorąc pod uwagę wzrost motocyklowego zainteresowania, Zbigniew ma nadzieję, że w przyszłości uda mu się zrealizować marzenia o własnym warsztacie i połączyć przyjemne z pożytecznym.

DLA SIEBIE I INNYCH

Ponieważ pasjonaci najlepiej czują się we własnym gronie, okoliczni motocykliści powołali do życia klub Rabit Volvers z siedzibą w Bidzinach, gdzie spotykają się w każdy pierwszy weekend miesiąca. Klub działa w strukturach Kongresu Klubów Motocyklowych, jest organizatorem wielu imprez regionalnych i współpracuje z pasjonatami z terenu całego kraju. Obecnie stowarzyszenie liczy 11 członków, a w trzyosobowym zarządzie Zbigniew pełni funkcję sekretarza. Podczas spotkań omawiają kwestie techniczne i snują plany na kolejny sezon, który zaczyna się pierwszego dnia wiosny. Podejmują także inicjatywy społecznie użyteczne, jak choćby akcje krwiodawstwa, nauki w zakresie przepisów ruchu drogowego, co jest tym ważniejsze, że nowi adepci motocyklowej pasji nie zawsze potrafią zachować pożądany umiar sprowadzając niebezpieczeństwo zarówno na siebie, jak i innych użytkowników drogi. To oni poprzez swoją brawurę psują reputację prawdziwych pasjonatów motocykli, których jest zdecydowanie więcej. Akcji propagowania dobrze pojętego motorowego hobby służą m.in. rajdy, zloty i udział w imprezach okolicznościowych. Choćby to była uroczysta, ślubna asysta.

Kiedy Bakalarscy opowiadają o motocyklach, człowiek czuje, że coś w życiu przegapił. Ich entuzjazm jest na tyle zaraźliwy, że słyszy się rytmiczne dudnienie silnika, wiatr na twarzy i chciałoby się razem z nimi gonić horyzont. A może także własną młodość? Bo zdaniem Edmunda wiek nie ma tu nic do rzeczy:

– Będę jeździł dopóki będę mógł. Motocykl przywraca młodość i sens życia…

No więc szerokiej drogi!

JAN ADAM BORZĘCKI

Może zainteresują Cię również wpisy oznaczone podobnymi tagami:

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.