Déjà vu

0

Radna EWA KOSAK, poza salą obrad samorządu doktor psychologii klinicznej, przebieg styczniowej debaty budżetowej w stalowowolskiej Radzie Miasta określiła krótko: – Mam wrażenie, że to jest jakiś dzień świra! To nic, że radnej dzień świra pomieszał się z filmowym „Dniem świstaka”, kiedy to w nieskończoność powtarzają się te same sytuacje i słowa…

Najprawdopodobniej  gdyby  nie  fakt,  że  udało  się  na początku sesji przegłosować odstąpienie od już raz dokonanych  czynności  przygotowawczych,  związanych  z  procedowaniem  budżetu  (przedstawienie  projektu  uchwały, stanowisk RIO i komisji RM itp.), to i tym razem radni bezproduktywnie międliliby słomę przez dobrych siedem godzin, jak w grudniu.

A tak – już niemal w samo południe, po ledwie trzech godzinach wzajemnego biczowania, a momentami żenującego poniżania i obrażania, inwektyw i demagogicznych fajerwerków, można było przystąpić do tego, co było z góry do przewidzenia, bo na sesji zabrakło dwojga radnych opozycji, M. Rehorowskiej i W. Siembidy, co zmieniło (na korzyść koalicji) przebieg wszystkich głosowań związanych z budżetem.

Nie miało na to wpływu nawet to, że przeciw budżetowi zagłosował, formalnie „przyprezydencki”, radny Adam Danaj, boleśnie wzburzony tym, że – według niego – prezydent miasta postanowił nie dać 300 tys. zł Piłkarskiej Spółce Akcyjnej w akcie… „zemsty” za to, że „niektórzy zaczęli upominać się o pieniądze na stadion”. Radny poszedł znacznie dalej. –To , jak informowały media o poprzedniej sesji, to był stek bzdur– stwierdził ze znawstwem i pełnym obiektywizmem.

Budżet przyjęto 12 głosami, przeciwko 9, dokładnie w takim wariancie, w jakim prezydent miasta skierował go do rady.

Zanim przegłosowano uchwałę budżetową, radni opozycji urządzili kolejny festiwal krytyki pod adresem prezydenta. To, że nie pojawił się w tym żaden nowy akcent, żaden nowy argument, skłonił E. Kosak do wywołanej na wstępie artykułu  konstatacji. Andrzejowi  Szlęzakowi dostało  się „za  całokształt”:  za  wyrzekanie  się  własnych  deklaracji i  wyborczych  obietnic,  za  kłamstwa,  którymi  –  w  ocenie Lucjusza Nadbereżnego (na zdjęciu), występującego w imieniu klubu radnych PiS – karmi nieustannie radnych i wyborców, za nieliczenie  się  z  potrzebami  i  odczuciami  mieszkańców, za  nieustanne  zadłużanie  miasta,  za  mnożenie  inwestycji, które to zadłużenie będą jeszcze bardziej potęgować w przyszłości.

Detalicznie – oberwał prezydent za jakoby całkowicie błędną i szkodliwą dla interesów miasta politykę w stosunku do szkolnictwa wyższego, za wspieranie Inkubatora Technologicznego, za wprowadzanie opinii publicznej w błąd w kwestii faktycznego obciążenia budżetu kosztami utrzymania ukończonych już obiektów akademickich, czyli nowej siedziby politechniki i biblioteki, za forsowania rozwoju  bazy  akademickiej  poprzez  budowę  Laboratorium Międzyuczelnianego. – Jestem przekonany, że pieniądze na stadion znalazłyby się bez trudu, gdyby go nazwać „stadion międzyuczelniany” – pokpiwał z prezydenckich „obsesji akademickich” radny Franciszek Zaborowski.

A  szef  opozycji  prezydenckie wystąpienia w mediach zgrabnie i z wdziękiem określił mianem „orędzi w stylu białoruskim”. – Zachowuje się pan jak klasyczny złodziej, który wyciąga komuś portfel i krzyczy „łapcie złodzieja!”– perorował, i postanowił od tej pory prezydenta tytułować tylko „rezydentem”, czyli kimś, kto tylko trwa i nic więcej nie robi. Za co od radnej-psycholog doczekał się popartych krótkim wywodem teoretycznym zarzutów na temat uprawianej przez siebie manipulacji i agresji: – Pan Nadbereżny zarzuca prezydentowi agresję, a stojąc przed nim używa słów: złodziej, drwina, kpina, co roku pan kłamie, rezydent…

Ewa Kosak przejechała się też po jednym ze sztandarowych pomysłów opozycji na „ulepszanie budżetu” poprzez wydanie  pieniędzy  na  budowę  kolejnego  przedszkola z  elementami  żłobka: –  Jako  pedagog  jestem  przeciwko żłobkowi. I dodam, że w 2015 roku będziemy mieć w mieście nadmiar miejsc w przedszkolach w stosunku do liczby dzieci. Po co więc i dla kogo nowe przedszkole?!

Według szefa klubu PiS, w wyniku działań prezydenta zadłużenie miasta na koniec roku będzie wynosić 86 mln zł. Nie skontrował tego zarzutu nikt ze strony prezydenta, ale skarbnik Bogusława Gdula nie omieszkała przypomnieć, iż na koniec 2013 r. prognozowano 28 mln zł zadłużenia, a faktycznie wyszło tylko 16 milionów. Radni PiS zarzucali prezydentowi, że prąc ku bezproduktywnym inwestycjom wielkiej wartości chce w tym roku zaciągnąć na nie 38-milionowy kredyt, z czego 10 milionów ma iść na spłatę starego zadłużenia. – Bierze pan już kredyty na spłatę kredytów! – chłostał adwersarza L. Nadbereżny. (…)

Jerzy Reszczyński

Więcej w papierowym wydaniu “TN”.

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.