Do końca razem - Tygodnik Nadwiślański
wtorek, 30 listopada
kondolencje
reklama

Do końca razem

4
Państwo Dumowie są nierozłączni...

Państwo Dumowie są nierozłączni…

Kiedy byli zdrowi i sprawni, nie potrzebowali pomocy innych ludzi. Z chwilą nadejścia choroby nie mogli samodzielnie funkcjonować we własnym domu. Ciepły kąt i troskliwą opiekę znaleźli w Zakładzie Pielęgnacyjno-Opiekuńczym w Tarnobrzegu.

 Krystyna i Stefan Dumowie są nierozłączni. Pan Stefan 87-letni szczupły mężczyzna podpierający się laską, pomaga swej żonie, która ma problemy z samodzielnym chodzeniem i najczęściej porusza się na wózku inwalidzkim. Z kolei pani Krystyna ma lepszą pamięć i swojemu partnerowi przypomina o różnych sprawach. Tym sposobem para doskonale uzupełnia się i nie sprawia kłopotów opiekunom. – W 2014 roku minie sześćdziesiąt lat od naszego ślubu. Jak dopiszą zdrowie i siły, to urządzimy drugie wesele – cieszą się Dumowie.

Małżonkom, mimo że od dwóch lat mieszkają poza swym rodzinnym domem, dopisuje humor. Jedyną troską są kłopoty zdrowotne i skomplikowana sytuacja rodzinna. – Dopóki “dziadziu” wychodził na zakupy i przychodziła do nas opiekunka, dawaliśmy radę. Nawet sami gotowaliśmy obiady. Teraz nie podołalibyśmy we własnym gospodarstwie w Ocicach. W tym domu jest nam dobrze, czujemy się bezpiecznie i dbają o nas. Raz w tygodniu, kiedy kucharki gotują barszcz biały, dokupujemy po dwa jajka i dobrą kiełbaskę, wtedy możemy sobie podjeść – mówi pani Krystyna.

W ubiegłym roku para uczestniczyła w organizowanym przez Dom Pomocy Społecznej w Tarnobrzegu święcie sobótki. – “Dziadziu” pchał mnie na wózku, trochę potańczył, było wesoło. Tu też nam się nie nudzi. Mamy andrzejki, spotykamy się na modlitwie, odśpiewujemy różaniec, gramy w karty. Zaprzyjaźniliśmy się z mieszkańcami, opiekunkami, myślę, że oni też nas lubią – opowiada pani Krystyna. – Ja najchętniej oglądam stare polskie filmy – “Janosika” i “Czarne chmury”. Gazet nie czytam, bo jedno oko mam niesprawne, zastąpione protezą. Jak trzeba, to poratuję cierpiących kolegów, zawołam pielęgniarkę – zaznacza pan Stefan.

Małżonkowie z sentymentem wspominają czasy młodości.  – Pracowałam w polu, odrabiałam u ludzi konia, którego pożyczaliśmy do orki. Piekłam wiejski chleb, miałam dwie krowy, gęsi, kury, prawie siedemdziesiąt kaczek. Dwa razy w tygodniu z Ocic do Tarnobrzega jechałam na rowerze obładowana śmietaną, serem, jajkami, i sprzedawałam je na targowisku. Przez pięć lat robiliśmy również z mężem miotły dla miejskiej spółdzielni. Odwoziliśmy ich ponad tysiąc co zimę. Jakie eleganckie były! – wspomina kobieta.

Pan Stefan pracował w Gminnej Spółdzielni “Samopomoc Chłopska” w Tarnobrzegu, odpowiadał za magazyn z butami, artykułami papierniczymi oraz budowlanymi. Potem przeniósł się do Kopalni Siarki “Machów”, a na emeryturze doglądał gospodarki i pomagał żonie.

Państwo Dumowie wychowali trójkę dzieci. – Była ciężka praca, ale też życie wesołe. “Babcia” była silna, przenosiła ze mną cegłę na budowę domu. Trochę się nam z dziećmi nie poukładało, ale co zrobić. Całe szczęście, że mam taką kochaną żonę. Choć czasami się kłócimy, to długo nie potrafimy się na siebie gniewać – zdradza pan Stefan. – Mąż jest nerwowy, ale to dobry człowiek. Zawsze mi pomagał, i przy dzieciach, i przy opiece nad wnuczkiem. Kiedy stałam się niesprawna, mył mnie i pielęgnował – dodaje kobieta.

W ZPO staruszków odwiedza syn z rodziną.  – Oni zabierają nas na święta. Nie wiem co dalej z nami będzie, bo tu w ośrodku są ludzie bardzo chorzy, leżący. Do siebie na pewno nie wrócimy. Być może pani kierownik pomoże nam się przenieść do Domu Pomocy Społecznej, ale tam więcej się płaci za pobyt. Bogu dziękować, że jeszcze mamy siebie… – wzrusza się pani Krystyna.

Państwo Dumowie szanują się, pomagają sobie, nie sprawiają kłopotu. Widać, że lubią przebywać w swoim towarzystwie. W porównaniu do innych podopiecznych są samodzielni i chętnie włączają się w organizowane przez nas uroczystości – zauważa Maryla Fidrych, kierowniczka ZPO.

Fakt oddania przez rodzinę chorego człowieka pod opiekę przygotowanych do tego specjalistów w placówce opiekuńczej nie powinien budzić kontrowersji i rodzić negatywnych sąsiedzkich sądów. Boli jedynie to, że gdy jedni pamiętają o swoich bliskich, inni zapominają, że ktoś wyczekuje upragnionego gościa…

MONIKA STOJOWSKA

stojowska@tyna.info.pl

 

 

Udostępnij

4 komentarze

  1. wolontariusz na

    Znam tę parę, jestem wolontariuszką. To bardzo sympatyczni ludzie, z poczuciem humoru, lubiani przez pracowników. Brawo dla autora artykułu, za to że potrafił w elegancki sposób opowiedziec o tych ludziach opuszczonych przez bliskich.

  2. Do końca???? Chyba brakuje komuś taktu w tej redakcji. Ci ludzie ŻYJĄ!!! Buraki jesteście