Igrają z ogniem [TN na kwarantannę]

0

Tekst publikowany jest w ramach Wirtualnej Biblioteki “TN” na kwarantannę. Artykuł pochodzi z 20 grudnia 2018 r. nr 51/52.

Dlaczego własnie ogień? Każde z nich odpowie na to pytanie inaczej. Nie będzie jednak w tych wypowiedziach ani słowa o dziecięcym marzeniu, aby zostać strażakiem. Nic w tym stylu. Miedzy wierszami pojawi się fascynacja tajemniczym żywiołem, siła, która uczyniła go pierwszym bóstwem dawnych ludów, i nad która chce się zapanować. Który budzi zarazem zachwyt, podziw i strach.

Jak daleko jest od zakochania w ogniu do uczynienia z tego profesji na poważną część życia? Bronią się przed takim stawianiem sprawy. Gdzie tam jeszcze do profesji! Więc – co to jest? Moda? Hobby? Pasja? To już bliższe prawdy. Nie wykluczają, że kiedyś to może być sposób zarabiania na życie, jak w przypadku kilku polskich profesjonalnych grup, złożonych, jak „Los fuegos”, m.in. z byłych cyrkowców. Na razie każde z nich – trzech młodych chłopaków i trzy dziewczyny – ma swoje zajęcie, z którego się utrzymuje, albo które ma mu zapewnić utrzymanie w przyszłości.

CIUT JAK PRAPRZODKOWIE

Tomasz Zubrzycki, menedżer wywodzący się ze Stalowej Woli grupy Leśne Licho Fire Show: – W moim przypadku „fire show” to ostatnich 12 lat życia. Z poprzednią grupą, powstałą na fali pierwszej wielkiej popularności tej działalności w całym świecie, dawaliśmy nawet po 15 pokazów miesięcznie. Rozpadła się po 10 latach. Nie dał rady bez tego wytrzymać, bo, jak mówi, od dziecka „jarało go” wszystko, co się wiąże z ogniem.

Dwa lata temu zaczęli od początku, we trójkę, aby szybko podwoić skład liczebny nowej grupy, ale o nieco innym profilu. Chodziło o to, by nie powielać tego, co jest już opatrzone u innych. Stąd pomysł na zwrot w stronę starosłowiańskich klimatów, motywów, wierzeń, obyczajów, zachowań – z leśnymi nimfami, płonącymi drzewami, tajemnicą bardziej „swojską” niż taką uniwersalną.

Z nich wzięło się to „leśne licho” w nazwie grupy. To licho to takie „coś”, co było nieodłącznym, niosącym wieloznaczną tajemnicę, elementem tych klimatów. Nie ma w tym przypadku, jest świadomy wybór. Żyją w mieście otoczonym resztkami danej Puszczy Sandomierskiej, i to wszystko. Choć same pokazy, łączące ogień z tańcem i muzyką, współcześni zapożyczyli, jak się uznaje, od pradawnych kultur indiańskich czy maoryskich. Ale ich „licho” ma słowiańską, nie indiańską, albo jakąś globalną twarz, i to widać też i w strojach, i w rytmie
tańca, i w wykorzystywanej w czasie spektakli muzyce.

GONIĄC ZA PERFEKCJA

Sami opracowują programy występów, choreografię, efekty świetlne, wykorzystujące kombinacją światła laserowego, ledowego, pirotechnikę, i łączą to wszystko w jedną całość z muzyką i żywym ogniem. Tylko oni wiedzą, ile nieprzespanych nocy kosztowało nauczenie się od podstaw tego wszystkiego, czego wymaga zaprogramowanie na komputerze oprawy muzycznej spektaklu, zsynchronizowanie czasu, obrazu, dźwięku i ruchu na scenie pełnej ognia. No i ile prób, takich na sucho, bez użycia paliw, potrzeba, aby wymyślony numer wyszedł tak, jak sobie to wyobrażają. A „na sucho”, bo z jednej strony materiały palne, używane w czasie pokazów, kosztują, nieraz słono, a i elementy, którymi się je nasącza, choć same palne nie są, też ulegają zużyciu.

Są ostrożni w podawaniu kwot, jakie trzeba wykładać, aby mieć potencjał do zaprezentowania atrakcyjnego spektaklu, trwającego zaledwie kwadrans, maksimum dwa. W pewnym przybliżeniu: wykreowanie każdego z nich to wydatek rzędu kilkuset złotych. Kostium to już kilka tysięcy i dziesiątki godzin żmudnej pracy nad wykonaniem tego, czego kupić nie sposób, bo można „zajechać na śmierć” budżet. Grupy lub swój prywatny… Na co można przeliczyć to, co inwestują w swą pasję?  – Dobre auto używane można by za to mieć – dyplomatycznie, z wieloznacznym uśmiechem, odpowiada Paweł Rybak.

Występują w ciągu roku 50-60 razy. Wychodzi więcej niż raz w tygodniu. Swój show prezentowali już chyba w każdym regionie Polski, są zapraszani na eventy firmowe, dni miast czy rozmaite dni lasu, dożynki, juwenalia, ale też coraz częściej na wesela i imprezy towarzyskie. Jak ktoś sobie życzy – w czasie takiego weselnego pokazu przed oczami gości rozpalą się napisy z imionami oblubieńców, pojawią się ogniste fontanny, projektory ognia buchające prawdziwym płomieniem, wszystko to uzupełniają stroboskopy, wytwornice baniek mydlanych, dymów scenicznych, wyrzutnie konfetti. Nie licząc środków pirotechnicznych i prądu, na jeden pokaz idzie, przeciętnie, cała duża butla gazu LPG.

AZ TRUDNO UWIERZYĆ!

Dla każdego coś wyjątkowego… Skąd inspiracje, pomysły? – Z niczego, czyli z głowy – śmieją się. Ale tak na serio: przyglądają się wszystkim nowościom w branży, nie wyłączając kina akcji z rozbudowanymi efektami specjalnymi, efektowną pirotechniką. Nie chodzi o to, aby kopiować, bo to jakiś obciach, ale o to, by rozwinąć jakiś pomysł, wzbogacić, połączyć kilka w jeden, zupełnie nowatorski. To działa w obydwie strony zresztą. Ich autorskie pomysły też są powielane przez innych, i to, chcąc nie chcąc, akceptować muszą. By stworzyć silniejsze zaplecze dla „Leśnego licha”, zawiązali stowarzyszenie, ewoluując tym samym w kierunku stabilnych podmiotów rynkowych w oryginalnej ze wszech miar branży. Twierdzą, że stosowane urządzenia i doświadczenie, pozwalają im ograniczyć poziom ryzyka w trakcie pokazów o 99 proc. Miejsce na przypadek jednak zawsze trzeba przewidzieć. – Wystarczy lekka zmiana kierunku czy siły wiatru, aby pokaz plucia ogniem człowiek zakończył z osmalonymi brwiami i ogorzałą twarzą – opowiada Paweł. Mówi o sobie, bo zaliczył już takie przygody. Na szczęście, stosowane w pokazach materiały palne, którymi nasącza się kewlarowe maty wypełniające poszczególne przyrządy do ogniowych ewolucji, nie mają przesadnie wysokiej temperatury spalania. Benzyna apteczna czy specjalne parafiny mogą być jednak groźne dla kogoś, kto spróbuje ich naśladować nie mając pojęcia o licznych niuansach. Ale oni nie będą ich zdradzać, bo za tym stoją miesiące prób i ćwiczeń, dochodzenia do własnych rozwiązań. Także tych, które wypracowuje się nocami w garażu, gdy trzeba wykonać, albo poprawić jakiś element akcesoriów, bo np. ten kupiony w specjalistycznej firmie za kilkaset złotych kompletnie się nie sprawdza. Mają w swoim dorobku nietypowe sytuacje? Na przykład takie, kiedy trzeba było rozłożyć ręce i powiedzieć zleceniodawcy: „Sorry, ale tego się zrobić nie da…”? Nie, nie zdarzyło się, jak dotąd. Bo zrobić można prawie wszystko, jak się człowiek zna
na tym, co robi. Wystawiali już programy, które zawierały elementy czystej kinowej kaskaderki, z płonącym człowiekiem włącznie.

PUBLIKA DOMAGA SIĘ BISÓW

Miejsca na lekceważenie ryzyka nie ma, brawura i rutyna są w ich przypadku takimi samymi wrogami, jak w przypadku pilarza w lesie. Moment dekoncentracji, nieuwagi, i można się nieźle okaleczyć. Na szczęście – nic takiego się nie zdarzyło. Od kilku tygodni negocjują jedno z największych wyzwań, jakim jest, po raz pierwszy, występ w pomieszczeniu zamkniętym, podczas styczniowych targów weselnych w Rzeszowie. Nie rwą się do tego, ale organizator bardzo chce mieć ich pokaz. – Duże wyzwanie, już pracujemy nad szczegółami. Ale i organizator musi zrobić bardzo dużo, choćby dezaktywować na czas pokazu systemy przeciwpożarowe wielkiej hali, i  jednocześnie zapewnić stuprocentowe bezpieczeństwo pokazu. Na razie rozmawiamy – mówi Tomasz. Inne zapytanie odnosiło się do występu we wnętrzu słynnego katowickiego „Spodka”. Ten temat
też jeszcze nie jest zamknięty. Triumf w weselnym plebiscycie „TN” odebrali jako świetną niespodziankę, ale – wpisaną w przyjęty od samego początku kurs na to, aby być „the best”. To, że są coraz częściej zapraszani nieomal w charakterze gwiazdy na prestiżowe pokazy i festiwale, bez wątpienia łechce ambicję i próżność. Ale – nie pozbawia ich fantastycznego dystansu do siebie, luzu i szczerej, spontanicznej radości, że oprócz osobistej satysfakcji dostają za swą pasję uznanie innych. W Polsce jest kilka cyklicznych imprez, na które są regularnie zapraszani. W ubiegłym roku, na jednym z największych festiwali muzyki bałkańskiej, w Barcicach na Podtatrzu, nie mogli zejść ze sceny. Bis gonił bis, jakby byli grupą rockową będącą bożyszczem tłumów w jakimś Jarocinie. Przez bitą godzinę przed kilkutysięczną publicznością powtarzali swój show z różnymi elementami. To wyjątkowa sytuacja, zwykle pokaz trwa kilkanaście, góra kilkadziesiąt minut. A i tak wyjazd na taki pokaz wymaga zabrania z sobą nie tylko solidnie wypakowanego sporego busa, ale i 4-metrowej przyczepki, uginającej się od akcesoriów potrzebnych przy pokazie. Podziw widzów wynagradza zmęczenie i wydaną kasę. Komuś, kto obserwuje wirujące ognie, wydaje się, że głównym problemem jest dbanie o to, by sobie i innym krzywdy nie zrobić. Tymczasem, bywa, jest to też ciężka fizyczna praca. Niektóre przyrządy, którymi – tańcząc, skacząc czy biegając, operują non stop z budzącą podziw lekkością i precyzją – ważą nawet po kilka kilogramów. – Najlżejsze ważą ponad półtora kilo. Na jedną rękę – mówi Paweł. – Najcięższy, pojka, taka kula na łańcuchu, to już ponad 5 kilo. Pokaz z użyciem tego wszystkiego ma być nie tylko płynny, precyzyjny, efektowny. Musi być bezpieczny, dla widza i dla partnera, z którym się występuje, nieraz – dosłownie ocierając się o siebie. – Zaufanie do siebie nawzajem? Oczywiście, to podstawa – mówi Ula Zwolak, drobniuteńkiej budowy rudowłosa 18-latka, idealnie pasująca do roli jednej z trzech
„nimf” ze stałego składu grupy. Obok niej występują jeszcze Weronika z Krosna oraz Marlena, wspierająca grupę aż z Lublina. I Michał, a także, okazjonalnie, Dawid, dojeżdżający z Tarnobrzega. W improwizowanych występach, zdarza się, dołączają do nich podobnie jak oni „porażeni ogniem”, koledzy z zaprzyjaźnionych grup, np. z Gorlic na pograniczu Małopolski i Podkarpacia. Wielokrotnie zapraszano ich do różnych telewizji. Na festiwalach  krajowych są stałymi gośćmi. Z wyjazdami na zagraniczne festiwale czy pokazy nie rozpędzają się. Trzeba pilnować tego, z czego się żyje – pracy, nauki. Igranie z ogniem, jak z lubością określają swą pasję, to coś extra, jak dla niektórych dobre piwo po ciężkim dniu pracy. Przyjdzie czas, mówią, że zmierzą się z wielkimi wyzwaniami, ruszą w świat ze swoim słowiańskim lichem. – Damy radę, jesteśmy najlepsi! – puszczają po zawadiacku oko. Gdzie dotychczas nie wystąpili? W rodzinnej Stalowej Woli. Ściślej: występowali wielokrotnie, ale nigdy – na zlecenie którejkolwiek z instytucji miasta, które, jak na ironię, finansują często występy podobnych formacji z innych miejsc Polski. Jeżeli jesteście ciekawi, jak wyglądają spektakle w wykonaniu grupy Leśne Licho Fire Show, zapraszamy na stronę lesne-licho.pl

JERZY RESZCZYŃSKI
Fot. MICHAŁ SZWERC

CZYTAJ TAKŻE:

– Sen o wielkiej estradzie [TN na kwarantannę]
– Zamek w ogniu [TN na kwarantannę]
– W Hollywood powstał o nich film [TN na kwarantannę]
– Życie jak Franka Dolasa [TN na kwarantannę]
– Biskup, co głowę nisko nosił [TN na kwarantannę]
– Gdzie jesteście, ocaleni? [TN na kwarantannę]
– Pielęgniarka od Andersa [TN na kwarantannę]
– Nasz polski Bourvil [TN na kwarantannę]
– Przeprawa z historią [TN na kwarantannę]
– Za życie papieża [TN na kwarantannę]

– Od Gierka do Toma Hanksa [TN na kwarantannę]
– „Wieśka tico” podbiło internet [TN na kwarantannę]

– Cicha noc, krwawa noc… [TN na kwarantannę]

 

Share.

Comments are closed.