Marty Lipowskiej świat kolorów. Prace tarnobrzeskiej malarki znajdują miłośników na całym świecie [reportaż] - Tygodnik Nadwiślański
środa, 30 listopada
reklama

Marty Lipowskiej świat kolorów. Prace tarnobrzeskiej malarki znajdują miłośników na całym świecie [reportaż]

0

Gdyby świat miał na co dzień tyle kolorów i odcieni, ile ma na obrazach Marty Lipowskiej, byłby radośniejszym miejscem do życia. Tarnobrzeska malarka robi coraz większą karierę, a jej prace znajdują miłośników na całym świecie. Artystka ma jednak o wiele szersze zainteresowanie, niż sama sztuka.

Już jako dziecko wykazywała duży talent plastyczny. I w przedszkolu i w szkole podstawowej była zdecydowanie najlepsza z „plastyki”.

– W sumie, to decyzję o tym, że zostanę malarka, podjęłam w… przedszkolu. Byłam w tym konsekwentna, co spowodowało poważny konflikt w rodzinie po ukończeniu przeze mnie szkoły podstawowej. Rodzice uważali, że powinnam pójść do liceum ogólnokształcącego, a potem na „normalne” studia. Ja nie wyobrażałam sobie innej drogi niż liceum plastyczne i uczelnia artystyczna. Nie mogłam ich przekonać, więc po prostu podarłam przygotowane przez nich papiery do LO i postawiłam na swoim, poszłam do „Plastyka”. Nigdy tego nie żałowałam – wspomina ze śmiechem swoje artystyczne początki Marta Lipowska.

Młoda tarnobrzeżanka ukończyła studia na Wydziale Artystycznym UMCS w Lublinie. Dyplom obroniła w 2003 roku, a już 5 lat później, w „Kompasie Młodej Sztuki” uznano ją za jedną z najbardziej perspektywicznych polskich malarek młodego pokolenia. Dziś widać, że nie była to ocena na wyrost.

UCIEC OD SCHEMATÓW

Tarnobrzeżanka w swojej pracy stosuje nietypową metodę tworzenia. Farbę na płótno nanosi najczęściej nie pędzlami, tylko szpachlą. Szerokie, fakturowe kładzenie farby jako barwnych plam, sprawia, że jej obrazy wizualnie „wibrują”. To nasuwa skojarzenia z malarstwem impresjonistów. Malarka broni się jednak przed szufladkowaniem.

– Staram się wypracować swój własny styl, ale w malarstwie wszystko już było. Moje podejście jest raczej tradycyjne, źródła mojej twórczości tkwią w koloryzmie, impresjonizmie, ale nie jest tak, że mam jakiegoś swojego mistrza czy styl, na którym się wzoruję. Po prostu bliskie jest mi takie podejście do świata i malarstwa, jakie prezentowały tamte gatunki. Inspiruje mnie natura, światło, a sama technika wynika z tego, że w ten sposób najlepiej uzyskuję taki kolor, jakiego chcę użyć. Jeżeli uda mi się uchwycić nastrój za pomocą koloru i światła, jestem zadowolona – mówi M. Lipowska.

Artystka przyznaje też, że najchętniej maluje w zaciszu swojej pracowni.

– Wolę najpierw zrobić szkic albo zdjęcie. Próbuję złapać w ten sposób ulotny moment, zmieniające się światło, gest, który dostrzegam w danej chwili w człowieku. Potem przenoszę to na płótno. Nie ograniczam się do jednej tematyki, jednego formatu, jednej tonacji kolorystycznej. Znudziłoby mi się to błyskawicznie. Mam tak, że jak namaluję pejzaż, od razu tęsknię za malowaniem postaci. Jak mam za dużo prac z postaciami, to maluję kwiaty. Lubię zmieniać tematy, kolorystykę, nawet technikę malarską – zdradza malarka.

WIŚLANA HIPISKA

Wielkim źródłem inspiracji dla Marty Lipowskiej stała się Wisła. To była miłość nagła i nieoczekiwana.

– Wisłę odkryłam kilka lat temu, gdy zaczęłam pływać na kajakach. Zobaczyłam, że to jest jakaś niesamowita, magiczna kraina, dotąd nieodkryta. Sama się dziwię, że tyle lat tu żyłam i Wisła dla mnie była tylko jakąś przeszkodą komunikacyjną i wylęgarnią komarów. Tam są przepiękne, dzikie plaże, nieprawdopodobne krajobrazy. Kupiłam łódkę i w każdej wolnej chwili spędzam czas na wodzie i wiślanych wyspach. Dzięki Wiśle pojawiły się w moim malarstwie nowe inspiracje. To miejsce nieskażone cywilizacją, Światło, które się odbija w rzece, klangory żurawi, rzadkie ptaki, na mnie przynajmniej robi to kolosalne wrażenie – mówi tarnobrzeżanka.

Fascynacja zaowocowała kupnem pierwszej w Tarnobrzegu, klasycznej drewnianej łodzi wiślanej. Długa na 6,5 metra łódź została w 2020 roku uroczyście ochrzczona imieniem Wena.

– „Wena” to nastój, inspiracja, niezbędna przy tworzeniu dla artysty. Są też inne rozwinięcia tego skrótu, ale może zostawię to dla siebie – mówi śmiejąc się Marta Lipowska.

Dziś malarka jest jedyną sterniczką i wiślaną „Panią Kapitan” nie tylko w Tarnobrzegu, ale na całym odcinku królowej rzek polskich przebiegającym przez nasz region. Jak tajemniczo mówi artystka, to nie koniec wiślanych historii w jej życiu. Nie chce jednak uprzedzać pewnych faktów.

Fascynację Wisłą dzieli z Martą Lipowską jej mąż. On także połknął wodniackiego bakcyla.

– Kupiliśmy jeszcze ponton, którym pływamy zimą. Nasza córka mówi, że pokarało ją rodzicami – wiślanymi hipisami, albo wiślanymi Cyganami – mówi M. Lipowska.

Jak mówi artystka, rodzina jest dla niej dużym wsparciem. Tolerowała poniewierające się wszędzie w mieszkaniu farby, pędzle, szpachelki i obrazy, umazane farbą klamki i sprzęty (w czasach, gdy malarka nie miała jeszcze własnej pracowni). Teraz mąż pomaga artystce w jeszcze inny sposób.

– Mąż bardzo mnie wspiera, to on zajmuje się stroną internetową, fotografuje moje obrazy, dba o całą tę otoczkę, jaka towarzyszy mojej sztuce. No i o logistykę, bo ja jestem „oderwana”, a on potrafi wszystkiego dopilnować. Ja bujam w obłokach, on pilnuje, żebym nie odleciała. Uzupełniamy się – mówi M. Lipowska.

SPEŁNIANIE MARZEŃ

Jeszcze niedawno tarnobrzeską malarkę bardzo fascynowało południe i wschód Europy. Znajdowała tam fantastyczne światło, pasujące klimatem do jej obrazów i inspiracje tamtejszymi krajobrazami.

– To się zmienia, świat nie stoi w miejscu inspiracje płyną do mnie z różnych stron. Na pewno w mojej twórczości pojawi się Skandynawia. Tamtejsze klimaty, widoki i światło zrobiły na mnie duże wrażenie. Kiedyś malowałam dużo „słonecznych” obrazów, jakąś „złotą godzinę”, teraz lubię też klimaty deszczowe czy uchwycone przy sztucznym świetle. Temat jest dla mnie mniej istotny, liczy się kompozycja kolorystyczna. A czy jest to miasto, rzeka czy odbijające się w kałuży światło, to jest już rzecz drugorzędna. Najświeższym „odkryciem” jest Amsterdam. To fascynujące miejsce – zdradza artystka.

Temat Amsterdamu nie pojawił się przypadkowo. Niedawno Marta Lipowska, wraz z koleżanką, pokazały tam dużą wystawę swoich prac w Bibliotece Polskiej. Ekspozycja została entuzjastycznie przyjęta, a samo miasto „zrewanżowało” się bajkowymi widokami nastrojowych kanałów. Wspomnienia z Holandii M. Lipowska już przelewa na płótno.

– Gdy zaczęłam wystawiać swoje prace, marzyłam, żeby robić to w miejscach, które zawsze chciałam odwiedzić. Tak było i z Amsterdamem. Zrobiłyśmy tę wystawę z koleżanką, Kasią Zawieruchą. Współpracowało się nam świetnie, do tego nasze prace, choć zupełnie inne, bardzo dobrze ze sobą korespondowały. Postanowiłyśmy, że będziemy to kontynuować w innych miejscach. Mamy w planach kilka miast w Europie, ale teraz to niemożliwe, ze względu na pandemię i administracyjne bariery utrudniające życie i podróżowanie. Czekamy do wiosny, wierząc, że w końcu będzie normalnie – mówi M. Lipowska.

WODNY ŚWIAT

Pochmurna pogoda, szarobure kolory za oknem, to wszystko sprawia, że M. Lipowska najchętniej uciekłaby nad jakieś ciepłe morze, w słonecznym miejscu. Jednak nawet w zimie są, zdaniem artystki, pozytywne strony.

– Zaczyna się sezon na morsowanie, a my mamy w Tarnobrzegu znakomite miejsce ku temu, czyli Jezioro Tarnobrzeskie. Lodowate kąpiele są fajne. Na zewnątrz panuje ujemna temperatura, jest mróz, a ty wchodzisz do cieplejszej od otoczenia wody. Towarzyszy temu raczej uczucie gorąca niż chłodu – zachęca malarka.

Woda w ogóle jest ulubionym środowiskiem Marty Lipowskiej. W odróżnieniu od przestrzeni powietrznej.

– Wody się nie boję, na rzece nie straszne mi wiry, choć mam pokorę wobec potęgi żywiołu. Za to fizyczne wnoszenie się ponad powierzchnię ziemi to moja słaba strona. W życiu nie skoczę na bungie, nie wspominając już o skoku na spadochronie. Ale jakąś barierę pokonałam, przestałam się bać panicznie latania samolotem – mówi tarnobrzeżanka.

Artystka regularnie ćwiczy też w grupie Biały Żuraw praktykującej starożytną chińską sztukę walki tai chi.

– Przestałam pracować na etacie, zaczęłam sobie szukać jakiejś innej formy spotykania się z ludźmi. Koleżanka namówiła mnie na tai chi. Ta forma ruchu okazała się znakomita. Nie traktuję tego ambicjonalnie, nie mam jakichś osiągnięć, to dla mnie forma relaksu i aktywności fizycznej. Podobnie jak joga, na którą chodzę kilka razy w tygodniu – mówi M. Lipowska.

ŻYĆ Z PASJĄ

W swoim dorobku Marta Lipowska ma wiele wystaw w Polsce i poza jej granicami. Jej obrazy pokazywane były m.in. w Berlinie, Kolonii, Londynie, Brukseli, Rzymie czy Amsterdamie. Wszędzie zbierały bardzo pochlebne recenzje. Trafiły też do prywatnych kolekcji w Polsce, USA, Japonii, Wielkiej Brytanii, Francji, Szwajcarii, Niemczech, Włoszech, Belgii, Czechach, Rosji, Norwegii, Irlandii i Hiszpanii.

– To cieszy, fakt, że odbiór moich obrazów jest tak pozytywny też jest mobilizacją do dalszej pracy. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że malowanie nieodmiennie sprawia mi przyjemność i daje satysfakcję. Bez tego, nie miałoby sensu – mówi artystka.

PIOTR WELANYK

Teks pochodzi z numeru 51/52 Tygodnika Nadwiślańskiego z grudnia 2021 roku

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.