"Mozil mógłby mu nosić sprzęt" - o liderze Wes Gałczyński&The Power Train ze Stalowej Woli [reportaż na Boże Narodzenie] - Tygodnik Nadwiślański
sobota, 25 czerwca
reklama

„Mozil mógłby mu nosić sprzęt” – o liderze Wes Gałczyński&The Power Train ze Stalowej Woli [reportaż na Boże Narodzenie]

0

Wiesław, jak określił Kuba Wojewódzki, robi „niepozorne wrażenie”, ale według Agnieszki Chylińskiej ma „sznyt rasowego bluesmana”. Rodowity mieszkaniec Stalowej Woli swój oficjalny coming out zaplanował w drugiej połowie życia. Początkowo prezentował się solowo (często za specjalnymi namowami), wykonując repertuar coverowy, dzięki czemu zagrabił sobie sympatię zarówno przyszłych fanów, jak i muzyków. Formację Wes Gałczyński & Power Train powołał do życia później. Jako solista wystąpił w „X Factor” oraz „Mam Talent”, gdzie zebrał pozytywne recenzje jury. W pewnym momencie okoliczności wokół niego same wywołały go na scenę.

Tekst został opublikowany w Tygodniku Nadwiślańskim w listopadzie ubiegłego roku.

W podróży spędził około 10 lat swojego życia, kilka lat w Irlandii, kilka w Stanach Zjednoczonych. – Drwiono ze mnie, że jestem rozpoznawalny na granicy, brat nadał mi przez to pseudonim „Bumerang” – mówi ze śmiechem Gałczyński.

Swoją oficjalną przygodę z muzyką rozpoczął w drugiej połowie życia, jak sam tłumaczy, ciągle mu czegoś brakowało, by wyjść z cienia. Wcześniej grywał na gitarze hobbystycznie, to w domu, to przy ognisku. Szansa niejako sama zjawiła się przed nim, kiedy to jedna z jego córek, Barbara, zaproponowała mu pierwszy publiczny występ. Ale o tym za chwilę.

Tworzyłem w tym czasie materiał, nawet nie spodziewając się kiedykolwiek jego realizacji. Fascynowała mnie gra typowo bluesową techniką slide – techniką ślizgową, polegająca na grze przy użyciu metalowej rurki. Na przestrzeni lat kupiłem ich kilka, ale żadna nie chciała działać jak należy. Dopiero mając 44 lata odkryłem jak właściwie grać tą techniką, gdy dowiedziałem, czym są otwarte stroje gitary (strój otwarty to taki strój, przy którym struny bez żadnego dociskania grają konkretny akord – przyp. red).

WOLĘ ŚPIEWAĆ NIŻ MÓWIĆ

Jako jeden z powodów swojej nieśmiałości artysta wskazuje, rzecz jasna, tremę, której następstwem jest „zacinanie się”. Jak przyznaje ze śmiechem, znajomi często pytają, jak to możliwe, że problem znika, gdy zaczyna śpiewać. Odpowiada, że sam tego nie wie i przytacza anegdotę o tym jak „zabłysnął” przed publicznością po raz pierwszy. Było to podczas turnieju w tenisa w młodzieńczych latach. – Grałem mecz z przeciwnikiem z Przemyśla. Tego dnia nie wychodził mi backhand, dlatego z nerwów gadałem sam do siebie, a jak wiadomo, zdarzało mi się zacinać, z czego mój przeciwnik zaczął się naśmiewać. W momencie, w którym zaczął mnie ewidentnie przedrzeźniać, przeskoczyłem przez siatkę i przetestowałem na nim swój nieudolny backhand. Z turnieju, niestety, nic nie wyszło, zostałem zdyskwalifikowany, ale dostałem wtedy pierwsze gromkie brawa od publiczności – wspomina Wes.

WYWOŁANY NA SCENĘ

Początkowo występował sam w asyście gitary i podkładów muzycznych. Kilka przypadkowych zdarzeń i ingerencja córki, spowodowały, że odważył się zagrać swój debiut w składzie on, gitara i podkład na koncercie charytatywnym w 2010 roku. Od tamtej pory do maja 2012 nie zagrał zbyt wielu koncertów. W maju wszystko się zmieniło. Po koncercie z okazji Dni Stalowej Woli podszedł do niego Marek Raduli, postać znana na polskiej scenie muzycznej, chociażby z gitar w zespołach Bajm, Wanda i Banda czy Budka Suflera. Słowa Raduliego utkwiły mu w głowie, bowiem ten stwierdził, że muzyce Wesa jest moc, która wsparta odpowiednimi ludźmi ma szansę na przebicie. To upewniło W. Gałczyńskiego w tym, że potrzebuje muzyków, aby wprowadzić swoją twórczość na profesjonalny poziom.

Kolejny etap to krok w stronę pokonania nieśmiałości i odkrycia kolejnych pokładów uśpionych talentów artysty. Powołany przez niego w maju 2012 roku oficjalny już skład Wes Gałczyński & Power Train obfitował w doświadczonych muzyków. Znalazł się w nim multiinstrumentalista Paweł Gielarek, znany z gry na instrumentach elektronicznych, gitarze basowej i kontrabasie, udzielający się wcześniej w składach Tołhaje, The Smiles, Astrid Monroe oraz słynący ze swoich talentów w występach solowych. Do składu dołączył równie aktywny muzycznie perkusista – Jan Kiedrzyński, grający w zespole Orange The Juice, który to skład spore sukcesy odnosił na wschodnim froncie Polski. Kiedrzyńskiego zastąpił następnie Arkadiusz Rębisz, a aktualnie za instrumenty perkusyjne odpowiada Filip Ciuruś. Gałczyński w tym czasie grywał na scenie na gitarach stworzonych własnoręcznie przez Gielarka. Dzięki temu zespół robił na scenie istną furorę, ponieważ gitary stworzone były między innymi z… pudełek na gwoździe i kija od mopa.

TALENT SHOW KONTRA TREMA

W 2016 roku jedna z córek, Barbara, zgłosiła W. Gałczyńskiego najpierw do „Mam Talent”, gdzie przeszedł do drugiego etapu, spotykając się z pozytywnymi opiniami jury. Będąca pod wrażeniem jego prezentacji Chylińska, powiedziała wtedy „Uważam, że jesteś wytrawnym bluesowym wokalistą, masz te emocje, masz ten sznyt rasowego bluesmana. Ja to kupuję, bo to jest autentyczne”. W ten sam sposób – z zaskoczenia – córka zgłosiła go do programu „X Factor”, gdzie dostał się do ćwierćfinału. Tam z kolei padły znamienne słowa ze strony Czesława Mozila, który to w geście poszanowania dla artysty zaproponował, że własnoręcznie może nosić sprzęt Wiesława, podczas kiedy Kuba Wojewódzki przyrównał go do Moby Dick’a. Udział w talent show, jak wspomina artysta, kosztował go wiele odwagi i stopniowo uczył pokonywać tremę.

WYMARZONY DEBIUT

Pierwszy album zespołu Wes Gałczyński & Power Train powstał z pomocą już niemałej grupy fanów Wes’a, którzy chętnie wpłacali pieniądze, by przyczynić się do wydania debiutanckiego krążka. Płyta spotkała się z bardzo pozytywnym przyjęciem. Przychylnie skomentował ją sam Wojciech Mann: „Debiut Wes’a Gałczyńskiego zaliczam do udanych”, oraz redaktor „Teraz Rock” Krzysztof Celiński: „Wierzę, że Wes jeszcze nam wiele pokaże. Na No. 2 warto będzie czekać”. Niedługo po premierze skład prezentował się na kultowych rockowo-bluesowych festiwalach „Jimiway Blues Festival”, „Blues nad Bobrem”, „Olsztyńskie Noce Bluesowe”, czy „Rawa Blues Festival”.

Sony Landreth – amerykański bluesman, legenda techniki slide z płytą Wes’a Gałczyńskiego, którą dostał od jednego ze swoich fanów

Premiera kolejnej płyty, zaplanowana na rok 2020, została przesunięta na przyszły rok. Album wzbogaci utwór „Lockdown”, który Wes zaprezentował w maju. – Inspiracją do stworzenia tego utworu była pustka. Ludzie pozamykani w domach, na ulicach nikogo, w Stalowej nawet ptaki nie chcą już śpiewać – mówi ze śmiechem W. Gałczyński.

Czego możemy spodziewać się po drugim krążku artysty? – Od ostatniej płyty stworzyłem około 20 nowych utworów, na drugi album wejdzie ich około 14. Mogę zdradzić, że zmieniliśmy trochę styl, będzie mniej bluesa, bardziej nowocześnie. Premiera została przełożona na pierwszą połowę przyszłego roku. Warto czekać, bo na płycie będzie wiele zaskakujących kompozycji, między innymi utwór „Illusion”, opowiadający historię miłości, który, jak określają moi bardziej doświadczeni muzycznie koledzy, ma znamiona hitu – zapowiada przedpremierowo frontman Wes Gałczyński & Power Train.

MARTYNA GAWLIK

 

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.