Pamiętny wrzesień [W najnowszym TN]

0

Lato 1939 roku było wyjątkowo piękne. Sielankę burzył tylko cień wojny, który wisiał nad Polską. Sytuacja międzynarodowa była napięta, ale nastroje optymistyczne.

Walki toczyły się gdzieś daleko, na granicach państwa. Położony w centrum kraju Tarnobrzeg wydawał się całkowicie bezpieczny. Nikt nie przypuszczał, że wojna zapuka do Tarnobrzega już drugiego dnia września.

– To było popołudnie, siedzieliśmy całą rodziną w domu, na ulicy Sandomierskiej. Nagle usłyszeliśmy potężny szum. Nie wiedzieliśmy co się dzieje, wybiegliśmy przed dom. Zobaczyliśmy, że nad miasto trójkami nadlatują samoloty. Mój brat Michał ucieszył się, zawołał „O! Nasi lecą !”. Wtedy zaczęły spadać bomby – tak zapamiętała niemiecki nalot Anna Ćwierz.

3 września nad miastem znów pojawiły się niemieckie bombowce. Prawdopodobnie przyleciały dokończyć dzieła zniszczenia – szlak kolejowy biegnący przez Tarnobrzeg Niemcy uznali za strategicznie ważny i robili wszystko, by go unieruchomić.

To była niedziela, przerażona atakiem lotniczym ludność przyjęła odmienny od dotychczasowego tryb życia. Większość mieszkańców udała się na poranną mszę świętą, na następnych nabożeństwach było w kościele pusto jak nigdy. Zaroiły się od ludzi natomiast sady i ogrody podmiejskie. Szczególnie tłoczno zrobiło się w lesie na Wianku i Skalnej Górze, gdzie całe rodziny rozłożyły się biwakiem – relacjonował E. Dąbrowski.

Po wysłuchaniu wcześniejszej niż zwykle porannej mszy, wraz z mamą i siostrami obraliśmy, jako ukrycie przed spodziewanymi bombami, zadrzewiony rejon Skalnej Góry nad Wisłą. Najpierw kilkakrotnie przelatywały nad nami pojedyncze samoloty hitlerowskie. W jakiś czas po nich nadleciała pierwsza fala lecących w szyku samolotów bombowych – wspominał S. Lang.

Bomby jednak nie spadły na miasto. Tarnobrzeg przed zagładą uratowali polscy lotnicy. Nawet nie myśliwcy, a załoga powolnego, przestarzałego samolotu szkolnego. – Nagle tuż nad dachami zabudowań wyskoczył nasz mały, ćwiczebny samolot wojskowy. I oto stała się rzecz nadzwyczajna, zupełnie nieoczekiwana. Polski pilot poderwał maszynę w górę i zaatakował Niemców. Rozległ się kąśliwy jazgot karabinu maszynowego. Niemieckie bombowce natychmiast wypadły z normalnego szyku bojowego i zatoczyły koło, kierując się nad Wisłę. Widocznie obawiały się trafienia przez naszego lotnika i tu rozładowały cały zapas posiadanych bomb. Przez chwile potężne wybuchy targały powietrzem. Sądziliśmy, że nieprzyjaciel teraz podejmie walkę i zniszczy naszego dzielnego „sokoła”. Z wielką radością stwierdziliśmy, że wrogie maszyny oddalają się coraz bardziej na zachód. Duma rozpierała nasze piersi. 9 potężnych samolotów z czarnymi krzyżami na kadłubach i płatach skrzydeł uciekało z pola walki przed jednym samolotem z biało-czerwoną szachownicą – wspomnienie powietrznej walki wyryło się w pamięci E. Dąbrowskiego… (wel)

Czytaj w papierowym i elektronicznym wydaniu „TN”.

KUP e-TN:

Share.

Comments are closed.