Rzadko słyszą „dziękuję”

0

Gdy jedni świętują, inni mają pełne ręce roboty. Święta Bożego Narodzenia i Sylwester to dla ratowników medycznych, pielęgniarek i lekarzy pracujących na szpitalnych oddziałach ratunkowych wyjątkowo „gorący” czas.

Kierownik  Szpitalnego  Oddziału  Ratunkowego  tarnobrzeskiego  Szpitala  Wojewódzkiego Bogdan Krzewski uważa,  że dziś ludzie zbyt często dzwonią po karetkę lub sami przyjeżdżają do szpitala. To efekt braku podstawowej wiedzy medycznej.

– Gdy ja miałem kilka lat i uderzyłem się, to  mama  przykładała  mi  w  to  miejsce  coś chłodnego.  Jako  że  nie  było  wtedy  zamrażarek, to zamiast lodu był zimny metal – na przykład ostrze noża czy siekiery. Teraz ludzie uważają,  że  nie  muszą  wiedzieć,  co  zrobić w  takich  sytuacjach.  Od  takich  spraw  jest doktor. Puchnie, robi się obrzęk, to jedziemy do szpitala – mówi B. Krzewski.

Nie jest on odosobniony w tego typu odczuciach, wielu lekarzy – pół żartem, pół serio – mówi bowiem, że są tacy, którzy nawet plastra bez konsultacji z lekarzem nie nakleją na ranę. Dyspozytorki  pracujące  na  tutejszym SOR odbierają około 100 zgłoszeń na dobę, z czego jedynie kilkanaście kończy się wyjazdem karetki. Doktor Krzewski mówi, że telefon  alarmowy  coraz  częściej  odgrywa rolę infolinii.

 – Dyspozytorki posiadają wiedzę ogólnopielęgniarską. Gdy dzwoniący zasygnalizuje problem, powie, że ma podwyższone ciśnienie czy temperaturę, możemy doradzić, żeby wziął taki czy inny lek, i za pół godziny sprawdził, czy jego stan się poprawił. Czasami dyspozytorki kontaktują się też z lekarzem dyżurnym. To również jest udzielanie pomocy, wprawdzie nie  bezpośrednio,  ale  niejednokrotnie  taka fachowa porada wystarcza – tłumaczy kierownik SOR.

Podobnie jest w nowodębskim Szpitalu Powiatowym,  gdzie  na  Oddziale  Pomocy Doraźnej i Podstawowej Opieki Zdrowotnej  przy  telefonach  także  pracują  pielęgniarki. Jego kierownik Tomasz Białek do kwestii  pomocy  przez  telefon  podchodzi jednak ostrożnie.

– Czasami  taka  pomoc  wystarczy.  Ale, szczerze mówiąc, raczej stronimy od takiego załatwiania sprawy, bo nie zawsze człowiek, który do nas dzwoni, potrafi dokładnie opisać to, co mu dolega. Zawsze istnieje ryzyko, że mogą być jakieś niedopowiedzenia – mówi.

Bogdan Krzewski przypomina jednak, że przez telefon można uratować życie. – To sprawdza się też w sytuacjach bardziej dramatycznych, na przykład gdy człowiek upada i następuje zatrzymanie krążenia. Karetka ma do  pokonania  pewną  odległość,  potrzebuje czasu, tym bardziej w zimie, gdy w niektóre miejsca naprawdę ciężko dojechać. Te kilka minut jest bardzo ważne. Mieliśmy już kilka takich  sytuacji,  w  których  osoba  wzywająca  karetkę  nie  rozłączyła  się,  ale  słuchała dyspozytorki,  która  instruowała  ją  jak  ma postępować  i  w  sposób  mniej  lub  bardziej udolny  wykonywała  masaż  serca  i  sztuczne oddychanie. Kilku pacjentów właśnie dzięki temu udało się uratować – tłumaczy. (…)

Rafał Nieckarz

Więcej w papierowym wydaniu “TN”.

Share.

Comments are closed.