reklama
Szli do Bośni osadnicy - Tygodnik Nadwiślański
wtorek, 16 sierpnia
reklama

Szli do Bośni osadnicy

0

To był prawdziwy exodus, wędrówka ludów. Aż trudno uwierzyć, że tak niewiele osób dziś o tym pamięta. Każdy słyszał, że na przełomie XIX i XX wieku wiele osób z wiosek położonych nad Wisłą i Sanem wyjechało szukać szczęścia w Ameryce, czy Niemczech, a tak mało wiadomo o innej fali emigracji, która popłynęła w zupełnie przeciwnym kierunku – na Bałkany.
Górzysta, pokaleczona jeszcze ciągle wojną Bośnia, to prawdziwy tygiel narodów i religii. Kraj ten, położony na styku orientu i kultury śródziemnomorskiej, miał kiedyś liczącą kilkanaście tysięcy osób Polonię! Nad Vrbasem i Sawą – dwiema przecinającymi go rzekami – istniało wiele wsi zamieszkałych w stu procentach przez osadników z rejonu Tarnobrzega, Niska, czy dzisiejszej Stalowej Woli. W 1946 i 1947 roku prawie wszyscy oni wrócili do Polski. Ludowa władza skierowała ich na „ziemie odzyskane”, głównie w okolice Bolesławca. W Bośni, gdzie żyli i pracowali przez ponad pół wieku, pozostało po nich wiele pamiątek i namacalnych śladów.
Ocalić od zapomnienia
Jednym z tych, którzy przywędrowali po II wojnie światowej na Dolny Śląsk był Jan Bujak, syn Antoniego i Anieli. Miał wtedy dwa lata. Bośni, gdzie się urodził nie mógł pamiętać. Znał ją jednak dobrze z opowieści rodziców, dziadków i znajomych. W Polsce ukończył Studium Nauczycielskie, a potem Akademię Rolniczą we Wrocławiu. Kształcił się też w warszawskiej SGGW. Przez wiele lat pracował jako pedagog w Olszynie Lubańskiej, Rakowicach Wielkich i Jeleniej Górze. Był doradcą metodycznym i dyrektorem szkoły średniej. Za swoją pracę zawodową i działalność społeczną otrzymał wiele zaszczytnych wyróżnień.
Parę lat temu Jan Bujak postanowił utrwalić dzieje polskiego osadnictwa w Bośni. Skrzętnie zbierał opowieści, dokumenty, materiały źródłowe, fotografie. W oparciu o nie powstała niezmiernie ciekawa książka „Galicjanie i Serbowie”, pomyślana jako pierwsza część większego cyklu, który stanowić ma zapis życia kilku pokoleń osiedleńców.
– Ta historia jest naprawdę bardzo mało znana – mówi Jan Bujak – Przekonałem się o tym osobiście przyjeżdżając do Tarnobrzega i rozmawiając z ludźmi, również takimi, których krewni należeli do grupy emigrantów. Mało kto słyszał cokolwiek na ten temat. Stąd m.in. pomysł by przywołać z zapomnienia jak najwięcej faktów dotyczących tamtych wydarzeń. Myślę, że dla wielu osób zgromadzone przeze mnie informacje mogą być interesujące i zaskakujące.
Ziemia obiecana
W 1878 roku, mocarstwa uczestniczące w Kongresie Berlińskim, upoważniły Austro-Węgry do objęcia zarządu nad Bośnią i Hercegowiną, pozostającą wcześniej pod wpływami Turcji. Administracja Franciszka Józefa bardzo sprawnie zaczęła umacniać swoją pozycję na nowych terenach. Jednym z jej pomysłów na to by osłabić jedność miejscowej, głównie muzułmańskiej społeczności, było sprowadzenie i osiedlenie po sąsiedzku rodzin z biednych rejonów Galicji, Bukowiny i Czech.
Machina propagandowa ruszyła z impetem. Po różnych zakątkach cesarstwa rozeszła się wieść o urodzajnych bośniackich ziemiach, a przede wszystkim niezwykle korzystnych warunkach, jakie władze oferowały tym, którzy zdecydują się na wyjazd. Nic dziwnego, że wśród zubożałych warstw wiejskich zamieszkujących międzyrzecze Wisły i Sanu, gdzie głód na przednówku bywał nierzadkim gościem, a powodzie i wylewy rzek raz po raz niszczyły plony, takie propozycje mogły wydawać się kuszące.
– Z Tarnobrzega, Trześni, Wrzaw i innych miejscowości wyjechało pod koniec XIX wieku kilkaset rodzin – mówi Jan Bujak – Pierwsi chłopi zdecydowali się na emigrację już w 1882 roku. Kolejne, liczniejsze już znacznie grupy przybyły do Bośni w roku 1895 i 1896. Ludzie ci osiedlili się w północnej części kraju, w lesistych rejonach góry Kozary, a później również za rzekami Vrbas i Sawa, koło miasta Prnjavor.
Wędrówka
Z pism rządowych, które krążyły po wsiach wynikało, że każdy kolonista otrzyma od państwa bezpłatnie i na wieczystą własność obszar ziemi o powierzchni 10-12 hektarów, a do tego drewno budowlane, bo w ciągu trzech lat zobowiązany będzie postawić dom oraz zabudowania gospodarskie. Obiecywano także ziarno na siew i bezprocentowe pożyczki na zakup zwierząt. Koloniści liczyć mogli ponadto na dodatkowe ulgi. Jedną z nich było zwolnienie z podatku na czas „dorabiania się”. A i potem stawki opłat nie przedstawiały się dotkliwie.
Na tym sielankowym obrazku pojawiały się czasem drobne rysy. Ci, którzy wracali ze służby w cesarsko-królewskiej armii i mieli okazję Bośnię widzieć na własne oczy, wspominali, że gospodarowanie w wysokich, gęsto pokrytych lasami górach do łatwych nie należy i wiąże się niemal zawsze z ciężką pracą przy karczowaniu rosłych drzew. Dokuczliwa bieda, jaka panowała w rejonie Tarnobrzega, zwykle przeważała jednak szalę i stawała się impulsem do wyruszenia w daleką drogę.
Rodziny, które decydowały się na emigrację, przygotowywały się do niej najlepiej jak było to możliwe. Po żniwach gromadzono zapasy mąki i ziarna, ziemniaków, a także suszonego mięsa. W tarnobrzeskim starostwie koloniści otrzymywali stosowne dokumenty, a także pieniądze na podróż. Wyprawa zwykle rozpoczynała się uroczystą mszą pożegnalną w rodzinnej parafii. Ksiądz Józef Witkowski – ówczesny proboszcz w Trześni, wszystkim odjeżdżającym dawał na drogę krzyż, obrazki świętych i biało czerwone flagi, by pamiętali o Ojczyźnie i wierze przodków.
– Religia i umiłowanie rodzinnego kraju były dla tych ludzi sprawami najważniejszymi, czymś co pozwoliło im przetrwać trudne chwile w nowym dla nich miejscu – zaznacza Jan Bujak.
Księża, obok urzędników mieli najbardziej znaczący udział w organizacji wyjazdów osadników. Z jednej do drugiej parafii przesyłane były ciągle listy polecające, w których duchowni prosili swoich sąsiadów o pomoc dla wędrujących i wskazanie im właściwej drogi.
Bujakowie
Rodzina Bujaków była jedną z wielu, które wyemigrowały z Trześni na południe Europy. Tym, który zdecydował się na daleką wyprawę i osiedlenie się w nowym miejscu, był pradziad Jana – Antoni, urodzony w 1841 roku. Wraz z żoną Julianną i dziećmi wyjechał on do Bośni w roku 1902. Długo wahał się przed przypieczętowaniem decyzji. Czekał na wiarygodne informacje od krewnych, którzy wcześniej podjęli trudne wyzwanie. Niedługo po przybyciu na miejsce Antoni zginął tragicznie. Wraz z synami, Wincentym i Tomaszem, karczował las pod nowe pole. Potężny buk przygniótł go swoimi konarami. 12 listopada 1902 roku pochowano go na cmentarzu w Nowym Martyńcu.
Po śmierci ojca, ciężar opieki nad rodziną przejął Wincenty, starszy z synów Antoniego i Julianny. Już w Bośni poślubił on Annę z Szajwajów. Jej familia pochodziła z okolic Niska, ale w latach 90-tych XIX wieku osiadła w nadziei lepszego bytu na Wołyniu, skąd potem wyemigrowała nad Sawę.
Wincenty umarł w roku 1940, jego żona była w grupie tych, którzy po wojnie przesiedleni zostali do Polski. Zmarła w roku 1975.
Losy Wincentego i Anny mają być głównym tematem drugiej części książki o osadnictwie polskim w Bośni, przygotowywanej obecnie przez Jana Bujaka. Autor przez cały czas gromadzi materiały niezbędne do przygotowania publikacji. Na przełomie maja i czerwca po raz kolejny był w Bośni, wertował archiwa, rozmawiał z przedstawicielami Polonii.
– Udało mi się znaleźć sporo nowych, ciekawych rzeczy – zapewnia – W kolejnej książce znajdą się m.in. dokładne wykazy rodzin, które z okolic Tarnobrzega wyjechały na do Bośni. Będą wypisy z ksiąg ślubów, które zawarte zostały już po wyjeździe. Myślę, że wiele osób znajdzie będące dla nich być może niespodzianką informacje dotyczące krewnych i przodków.

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.