Wiktoria staje na nogi [Reportaż 2018]

0

Niedługo po tym, jak szturmowy nóż wbił się w plecy dziewiętnastoletniej Wiktorii, opiekujący się nią lekarze nie byli w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy kiedykolwiek stanie ona na nogi. Dziś niewielkie odległości pokonuje już o własnych siłach. I zarzeka się, że do lata będzie biegać.

(Przypominamy najlepsze teksty 2018 roku, opublikowane na łamach Tygodnika Nadwiślańskiego. Tekst pochodzi z TN numer 13(1924) z 29 marca 2018 roku)

Nie byłoby to możliwe, gdyby nie bezinteresowna pomoc setek ludzi dobrej woli, którzy zdecydowali się wesprzeć zbiórkę pieniędzy na jej rehabilitację i jej ogromna determinacja w walce o powrót do sprawności.

Wiktoria Widak ze Stalowej Woli, absolwentka Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 1, była ostatnią ofiarą Konrada K., który 20 października minionego roku urządził sobie krwawy rajd po galerii handlowej VIVO!. Uderzył ją od tyłu, przebijając płuco i uszkadzając rdzeń kręgowy.

PRZEZNACZENIE

Splot różnych okoliczności i decyzji sprawił, że była w tym miejscu, akurat w tym czasie.

– Dorabiałam sobie w VIVO! jako hostessa. Tego dnia miało mnie tam nie być. Miałam mieć wolny dzień, ale koleżanka poprosiła mnie o zastępstwo. Nie za bardzo chciałam się na to zgodzić. Ale ona miała jakieś kłopoty rodzinne, płakała. Przyjechała po mnie, zawiozła mnie pod galerię. Mało tego. Jakieś piętnaście minut przed atakiem dostałam od niej SMS-a, że jest już dostępna i może mnie zmienić. Ale odpisałam, że nie trzeba – opowiada Wiktoria.

Zupełnie nie spodziewała się ataku. Nie miała pojęcia, że w galerii dzieje się coś niepokojącego. Nie było słychać krzyków. Nie było paniki. Ochrona nie informowała przez głośniki, że należy się schronić.

– Widziałam kątem oka faceta, który biegł, ale nie zwróciłam na to uwagi. Pomyślałam, że pewnie gdzieś się spieszy – wspomina.

Chwilę później poczuła ogromny ból. Zrobiło się jej słabo i osunęła się na ziemię. Przeżyła tylko dlatego, że świadkowie niemal od razu zaczęli udzielać jej pomocy, tamując krwawienie i starając się, aby nie straciła przytomności.

ROK, DWA, TRZY

Znamy tych bohaterów z nazwiska. To Dawid Cielepak i Andrzej Pławiak. – Oni uratowali mi życie. Ja nie chciałam już walczyć. Nie czułam się na siłach. Nie mogłam złapać powietrza, chciałam się poddać, zamknąć oczy i usnąć. Oni mi na to nie pozwolili. Cały czas do mnie mówili. Powtarzali, że dam radę, że wytrzymam. Trzymali mnie za rękę. A później nawet wsiedli ze mną do karetki i pomagali ratownikom – opowiada Wiktoria. – Dziś mam z nimi bardzo dobry kontakt. Odwiedzali mnie w szpitalu. Bardzo mi pomagają. To wydarzenie połączyło nas w jakiś sposób. Wcześniej kojarzyliśmy się. Jeden z nich był kolegą mojego chłopaka. Pamiętam, jak mówił do mnie: „Wiktoria to ty? Nie mów, że to ty! Jesteś dziewczyną Karola?”

Wiktoria pamięta z tego dnia niemal wszystko. Choć w karetce straciła przytomność, odzyskała ją jeszcze przed operacją. Pamięta jak wjeżdżała na salę operacyjną.

– Gdy obudziłam się w szpitalu myślałam, że zszyją mi ranę, poleżę tutaj trochę i po prostu pójdę sobie do domu. Ale tak nie było. Miałam niedowład prawej nogi. Nie ruszałam nią w ogóle. Lewą byłam w stanie lekko poruszać. Ale w ogóle jej nie czułam.

W stalowowolskim szpitalu przeszła operację ratującą życie. Następnie przewieziono ją do Warszawy, do Wojskowego Instytutu Medycznego przy ul. Saszerów, gdzie mogła pracować ze specjalistami nad powrotem do sprawności.

– Rehabilitantka powiedziała, że czeka mnie bardzo długa droga nim stanę na nogi. Że zanim to się stanie, może minąć rok, dwa, trzy. Nie była w stanie tego określić.

ZRZUTKA.PL

Ona nie miała jednak zamiaru spędzać najlepszych lat życia na łóżku czy w wózku inwalidzkim. Postanowiła, że będzie pracować nad sobą tak ciężko, jak tylko będzie to możliwe, i że jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia wróci do domu. Chciała nie tylko znów stanąć na nogi, ale wzmocnić się na tyle, żeby chociaż spróbować wejść na drugie piętro swojego bloku. Szybko okazało się, że do osiągnięcia takich rezultatów potrzeba nie tylko ogromnej determinacji i odrobiny szczęścia, ale także sporych pieniędzy.

– W  Warszawie powiedziono mi, że w ośrodku rehabilitacji w Konstancinie jest egzoszkielet – robot, za pomocą którego mogłabym spróbować stanąć na nogi. Mówili, że to bardzo pomaga. Koszt rehabilitacji z jego wykorzystaniem to był jednak aż tysiąc złotych dziennie. Pomyślałam, że nie dam rady zebrać takich pieniędzy. Ale przyszło mi do głowy, że jest wiele portali internetowych, za pomocą których można zorganizować zbiórkę publiczną. Poprosiłam brata, aby się tym zajął – mówi.

To był strzał w dziesiątkę. Gdy 12 listopada wieczorem informacja o zbiórce trafiła do sieci, zaczęła błyskawicznie rozprzestrzeniać się w mediach społecznościowych. Odzew był tak duży, że na pewien czas padły serwery portalu zrzutka.pl. W ciągu pierwszych kilkunastu godzin zebrano prawie 40 tysięcy złotych. Pod koniec pierwszej doby było to już 90 tysięcy. A dwa dni później 140 tysięcy. W sumie wsparło ją finansowo ponad 4100 osób. Jedni przelali po kilka złotych, inni nawet po 3 tysiące. Uzbierano 179 tysięcy złotych, czyli o prawie 30 tysięcy więcej niż zakładał cel zbiórki.

– Nie spodziewałam się, że spotka się to z takim odzewem. Leżałam w łóżku, odświeżałam stronę „Zrzutki…” i nie mogłam uwierzyć w to, co widziałam. Tysiąc więcej, tysiąc więcej, tysiąc więcej. Pieniędzy przybywało w zawrotnym tempie. A do tego masa ludzi pisała do mnie. Dostałam wiele ciepłych słów wsparcia.

Część pieniędzy od razu wydała na remont łazienki w domu. Trzeba było dostosować ją do potrzeb osoby na wózku Trzeba było dostosować ją do potrzeb osoby na wózku.

– Cieszyłam się jak dziecko, gdy udało mi się zrobić pierwszy ruch nogą. Pierwszy raz zaczęłam poruszać dużym palcem u stopy. To było wielkie święto. Wszyscy na sali cieszyli się ze mną. Bili brawo.

Z czasem zaczęła jeździć na wózku inwalidzkim. Początkowo po piętnastu minutach robiło się jej niedobrze i musiała wracać do łóżka. Gdy po raz pierwszy stanęła na nogi, było to tak duże obciążenie dla organizmu, że już po chwili zemdlała. Ale to jej nie zniechęcało.
– Już trzy dni później chciałam chodzić. Dali mi balkonik. Przeszłam od jednego łóżka do drugiego. I to już było coś. Trochę pochodziłam z tym chodzikiem i powiedziałam, żeby dali mi kule. A niedługo później chciałam już chodzić po schodkach, które widziałam piętro niżej. Mówili, że jest za wcześnie, że nie dam rady. Ale ja bardzo tego chciałam. I sobie poradziłam. A niedługo później rehabilitant zabrał mnie już na normalne schody. Drugi raz w życiu uczyłam się chodzić. Nie zdawałam sobie sprawy, że to będzie takie trudne. Do niedawna jeszcze nie potrafiłam wstawać z podłogi. Jak się przewróciłam, to nie byłam w stanie samodzielnie się podnieść.

BĘDĘ BIEGAĆ

– Gdy miałam już pieniądze ze „Zrzutki…”, mogłam iść na rehabilitację, gdzie tylko zechcę. Wybrałam ośrodek niedaleko domu. Bardo dobry ośrodek. Koszty rehabilitacji nie są małe, ale widzę bardzo duże postępy. Teraz mam przerwę, ale niebawem tam wrócę na kolejny turnus.
Dziś nie jeździ już w ogóle na wózku. Idąc z mamą do sklepu bierze kule. Krótsze dystanse stara się pokonywać bez ich pomocy. Bez nich porusza się po domu.

– Udało mi się już złapać równowagę na tyle, że nie boję się, że źle postawię nogę i upadnę. Nikt nie jest mi jednak w stanie powiedzieć, ile jeszcze czasu potrzebuję, żeby całkiem normalnie się poruszać. Powiedziałam sobie, że do wakacji będę biegać. I tego się trzymam – mówi z uśmiechem.
W ostatnich miesiącach w różny sposób pomogło jej bardzo wiele osób, firm i instytucji. Nie chce wymieniać tych, którym jest najbardziej wdzięczna, bo nie chce nikogo pominąć.

– Powiem jedynie tyle, że warto pomagać. Wiem na własnym przykładzie, że każda złotówka jest bardzo ważna i bardzo potrzebna. Cieszy każde miłe słowo, każdy gest.

NIE TYLKO NOGI

Początkowo koszmar tamtego feralnego dnia do niej nie wracał. Nie myślała zbyt dużo o tym, co się wydarzyło – skupiała się przede wszystkim na sobie. Załamanie nerwowe przyszło dopiero podczas pobytu
w Warszawie.

– Ciągle płakałam. Zadawałem sobie pytanie, dlaczego to akurat mi się przytrafiło? Dlaczego tam poszłam? Dlaczego w chwili ataku byłam odwrócona plecami w stronę, z której nadbiegał napastnik? Teraz już do tego nie wracam. Nie korzystałam z pomocy psychologa. Nie czułam takiej potrzeby. W przyszłości pewnie jednak skorzystam z fachowej pomocy także w tym zakresie. Mam bowiem pewną traumę. Boję się na przykład, gdy słyszę, że ktoś za mną biegnie. Od razu rodzi mi się w głowie myśl, że na pewno ma nóż.Nie bała się za to wrócić do galerii VIVO!. – Dużo osób o to pyta. Ale ja nie mam z tym problemu. Nie cofniemy czasu i to, co się stało, już się nie odstanie. Ale przecież co tydzień nie będzie takich sytuacji. Trzeba żyć dalej.

CHCE WYROKU

Wiktoria przyznaje, że śledzi informacje na temat dalszych losów nożownika, który o mało nie pozbawił jej życia. Przerażają ją informacje o tym, że może zostać uznany za niepoczytalnego i uniknąć kary więzienia.

– Czytałam w internecie, że gdyby na przykład trafił do „psychiatryka” w Gostyninie, to będzie sobie wiódł spokojne życie. Oni mają tam stół do piłkarzyków, telewizor, komputer, zajęcia z malowania, park, po którym mogą spacerować. Miesięczny koszt utrzymania takiej osoby to 1700 zł. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś, kto zabił kobietę, poważnie ranił mnie i kilka innych osób, żył sobie w taki sposób. Tym bardziej, że w takich ośrodkach co pół roku robi się pacjentom badania. I jeśli po kilku latach stwierdzą, że on już nie ma zaburzeń psychicznych, to tak po prostu wyjdzie na wolność? To byłby policzek dla nas wszystkich. Nie wierzę w jego niepoczytalność. Gdyby był niepoczytalny, to poszedłby do galerii, kupił czy ukradł nóż w pierwszym lepszym sklepie i rzucił się na kogoś. A on kupił te bagnety dużo wcześniej, zaplanował to wszystko, chodził nawet po galerii i zastanawiał się, jak to będzie wyglądać, jak powinien to zrobić. Nie wyobrażam sobie, że nie poniesie za to kary.

Rafał Nieckarz

Share.

Comments are closed.