Zamek w ogniu [TN na kwarantannę]

0

Tekst publikowany jest w ramach Wirtualnej Biblioteki “TN” na kwarantannę. Artykuł pochodzi z 21 grudnia 2017 r. nr 51/52

Tarnobrzeg spał otulony śnieżną pierzyną. Siarczysty mróz nie zachęcał do spacerów, tym bardziej o 2 w nocy. Na ulicy było jednak dwóch spóźnionych przechodniów – pracowników hrabiego Tarnowskiego, którzy zasiedzieli się w kasynie urzędniczym, a teraz wracali do domu. Byli w szampańskich nastrojach, nie zwrócili uwagi na dziwną poświatę na niebie. Dopiero na Rynku zobaczyli ją dokładnie. To nie była poświata, tylko łuna pożaru nad zamkiem. Zaczęli biec…

Wtorek 20 grudnia 1927 r. upłynął w Zamku Dzikowskim dość leniwie. Raz, zbliżały się święta Bożego Narodzenia, dwa, gospodarzy nie było na miejscu. Hrabia Zdzisław Tarnowski wyjechał, by poddać się w Berlinie kuracji lekarskiej, jego żona wraz z najmłodszym synem przebywała w Szwajcarii. Najstarszy syn Jan Juliusz też był za granicą, zaś Artur, złożony chorobą, utknął w Krakowie. W zamku pozostała jedynie 88-letnia Zofia z Zamoyskich Tarnowska, wdowa po hr. Janie Dzierżysławie, ojcu Zdzisława.

Mróz dawał się we znaki. W zamku zamarzły nawet rury wodociągowe i centralne ogrzewanie. Po południu jeden z pracowników wdrapał się na poddasze i zaczął ogrzewać rury lampą lutowniczą. Po pewnym czasie zawołano go do innych zajęć. Rozpalona lampa została.

SKARBNICA KULTURY

Zamek Dzikowski służył Tarnowskim od XVI wieku, choć na dobre siedzibą rodu stał się dopiero w XVIII wieku. Wielokrotnie przebudowywany, swój wygląd sprzed roku 1927 zawdzięczał Franciszkowi Marii Lanciemu. Ten słynny architekt przebudował go w latach 1833-1835, zastępując barokowy kształt modnym neogotykiem w angielskim stylu. Przed I wojną światową zamek znów przebudowano, instalując m. in. ognioodporny, żelbetowy strop nad główną salą. Nie przypadkiem. Właśnie tam mieściła się słynna Biblioteka Dzikowska. Tarnowscy zgromadzili bezcenny księgozbiór – inkunabuły, starodruki, najstarszy istniejący odpis „Kroniki” Wincentego Kadłubka, „Statuty” Jagiełły i Łaskiego, rękopisy „Zemsty”, „Balladyny”, itp. (rękopisu „Pana Tadeusza w 1927 roku jeszcze nie było), wszystkie wydania Biblii w języku polskim i wiele innych „białych kruków”. Księgozbiór liczył ok. 30 tys. pozycji. Równie cenna była kolekcja malarstwa składająca się z dzieł najwybitniejszych mistrzów, m. in.: Rembrandta, Rubensa, Van Dycka, Veronese’a, Carracich i wielu innych, także polskich malarzy – Kossaków, Malczewskiego, J.P Norblina, Matejki, Rodakowskiego czy Pochwalskiego.

OGIEŃ, WSZĘDZIE OGIEŃ

Płomień pozostawionej na poddaszu lutowniczej lampy cały czas ogrzewał rury. Nie wiadomo po jakim czasie izolacja instalacji zaczęła się tlić. Później pojawiły się pierwsze płomienie. Ogień zaczął „lizać” drewniane elementy dachu w środkowej części zamku. Przez długie godziny nikt się nie zorientował. Na zewnątrz płomienie pokazały się dopiero w środku nocy, przed godziną 2. Prawdopodobnie pierwszymi, którzy je zauważyli, byli właśnie wracający z kasyna urzędnicy. Wszczęto alarm i rozpoczęła się dramatyczna walka z ogniem, czasem i mrozem.

Szczęściem w nieszczęściu było to, że w zamku przebywał w chwili pożaru Michał Marczak, archiwista Tarnowskich i kustosz zbiorów dzikowskich. Choć formalnie był pracownikiem, w zamku traktowano go jak domownika. W nocy z 20 na 21 grudnia 1927 r. to on objął kierownictwo akcji ratunkowej.

„Przede wszystkim zajęto się osobą hr. Janowej Tarnowskiej, która pieszo przeprowadzona została przez księżną Radziwiłłową i swoją służącą, tudzież z pomocą starego służącego, w bezpieczne miejsce do oficyn” – odnotował Michał Marczak.

A pożar buzował już w najlepsze, obejmując kolejne pomieszczenia II piętra zamku.

„Pożar rozszalawszy się na strychu i szybko go trawiąc, ogromnie prędko przerzucił się na korytarze drugiego piętra, obejmując pokoje gościnne, ozdobione mnóstwem oprawionych starych sztychów i rzadkich rycin, których pełno wisiało także po obu stronach korytarza” – opisuje M. Marczak.

Alarm wszczęty przez pracowników Tarnowskich, a potem wycie strażackich syren obudziły całe miasto. Do parku dzikowskiego zaczęły napływać tłumy. Część przybiegła, jak to ludzie, głównie popatrzeć, ale bardzo wielu mieszkańców, szczególnie uczniów tarnobrzeskich szkół, włączyło się do akcji ratowniczej. Zjawiły się też straże ogniowe. Najpierw z Dzikowa i Tarnobrzega, później z odleglejszych miejsc.

Jednostki straży miały tylko jedną drabinę sięgającą II piętra, do tego mocno niestabilną. Braki w wyposażeniu strażacy nadrabiali ofiarnością, próbowali gasić płomienie. Niestety, okazało się, że w zamieszaniu nie można odnaleźć przysypanych śniegiem hydrantów. A gdy już któryś znaleziono, okazywało się, że jest zamarznięty. Wodę dostarczano z jedynej czynnej w okolicy studni i dowożono z miasta. 20-stopniowy mróz powodował, że strażakom zamarzały sikawki, a gumowe węże pękały. W akcie desperacji, próbowano tłumić ogień nawet śniegiem.

„Ratunek drugiego piętra był uniemożliwiony od dołu zawaleniem z obu stron schodów ogromną ilością szkła, niezmiernie szybkim opanowaniem całego korytarza przez ogień i kłęby dymu. Gdy runął sufit nad owym korytarzem, dostęp na drugie piętro trzecimi żelaznymi schodami został utrudniony wskutek objęcia klatki schodowej przez ogień z góry i płonące głownie, sypiące się w dół aż na parter. Znaleźli się jednak śmiałkowie, którzy z całego urządzenia II piętra, bodaj wypchanego niedźwiedzia karpackiego zrzucili ze schodów, natomiast nie zauważyli pięknego obrazu Wojciecha Kossaka, przedstawiającego Zdzisława hr. Tarnowskiego w pogoni konno za odyńcem osaczonym psami” – relacjonuje M. Marczak.

  NA RATUNEK BIBLIOTECE

Michał Marczak oddawszy kierowanie akcją gaśniczą strażakom, rzucił się do ratowania bezcennego księgozbioru zgromadzonego w Sali Wielkiej.

„Olbrzymia, dwupiętrowa sala, miejsce licznych zebrań rodzinnych, wszystkich oficjalnych przyjęć, narad, mieściła w sobie chlubę Dzikowa: pyszną bibliotekę w ogromnych, dębowych z trzema kondygnacjami szafach, umieszczonych do dwóch trzecich wysokości ścian z trzech stron tychże” – kontynuuje relację M. Marczak.

Marczakowi pomagali ochotnicy, głównie młodzież i pracownicy Tarnowskich. Ewakuacja ksiąg z niższych półek przebiegała bardzo sprawnie, gorzej było z wyciąganiem tych umieszczonych na 2. i 3. kondygnacji szaf, szczególnie, że złamała się jedyna dostępna drabina.

„W sali bibliotecznej wrzała gorączkowa praca, w której – rzec można – wszystkie zawody, stany i płci na wyścigi brały udział. Ogromnym utrudzeniem był brak głównych drzwi, które zatarasowano, by z przeddrzwia i schodów nie dopuścić ognia do wnętrza sali. Wynoszenie dużych sprzętów i ogromnych obrazów powodowało zatory w wąskich klatkach schodowych i utrudniało szybkie znoszenie uratowanych książek i prawdziwie cennych przedmiotów. Okien celowo nie otwierano, by nie dopuszczać do gów i wzmożenia działalności żywiołu” – opisuje ratowanie zbiorów kustosz Kolekcji Dzikowskiej.

Pracowano szybko, ale spokojnie. Wszak Sala Wielka była najbezpieczniejszym miejscem w zamku, chronionym ognioodpornym stropem.

„Wtem nagle, po niespełna godzinnym ratowaniu biblioteki, wszystkie światła elektryczne w Wielkiej Sali zagasły. Ratowanie – może już nie tak tłumne – trwało jednak gorączkowo w dalszym ciągu w półmroku, przy refleksach światła z przyległych pokoi, przy smugach ognia błyszczącego u progu głównych drzwi i iskier przelatujących przed oknami. Usiłowano wysunąć szafę wenecką, wspaniałe stoły weneckie i gdańskie, okrągły mahoniowy stół inkrustowany, wspaniałe, lecz bardzo ciężkie rzeźby marmurowe i alabastrowe, niestety, wszystko daremnie” – relacja Michała Marczaka staje się coraz bardziej dramatyczna.

APOKALIPSA

Gdy wydawało się, że mimo przeciwności, akcja ratownicza zakończy się sukcesem, około godziny 5 nastąpiła katastrofa. Nowoczesny ogniotrwały strop nad Salą Wielką runął.

„W pewnej chwili na sali zostało około 20 osób. Wtem rozległ się trzask i dźwięk wypadających szyb z wszystkich okien sali, potworny huk i świst powietrza. Powstał straszliwy przeciąg, który niezawodnie niektórych z nóg powalił – sufit runął na posadzkę. Zapanowały niesłychane ciemności, poderwały się tumany pyłu. Wyczuwało się jednak, że część sufitu zatrzymała się na szczytach szaf. Kto stał w owej chwili przy tychże lub w najbliższym sąsiedztwie drzwi, ten ocalał i skoczywszy uratował życie. Ów zbawczy, lecz warunkowy moment był jednak tylko momentem. Podpisany zawdzięcza ocalenie dwóm uczniom swoim z gimnazjum, którzy go silnym rozmachem rzucili do przyległego pokoju, sami równocześnie z tego piekła wypadając. Niestety, kilkanaście osób znajdowało się w krytycznej chwili na środku sali, lub przy odleglejszych od drzwi szafach i ci położyli życie. Zginęli prawdziwie bohaterską śmiercią, więcej bohaterską niż niejedni na wojnie” – tak opisał M. Marczak najtragiczniejszy moment dramatycznej nocy.

POŚWIĘCILI ŻYCIE

Jednym w pierwszych, którzy widząc pożar pospieszyli na ratunek był Alfred Freyer, syn koniuszego Tarnowskich. Mimo, że miał dopiero 26 lat, był już prawdziwą sławą, wielokrotnym mistrzem kraju w biegach długodystansowych, uważanym za jednego z najbardziej obiecujących lekkoatletów, „pewniaka” do zdobycia medalu na zbliżającej się olimpiadzie. Porównywano go do słynnego Paavo Nurmiego, najwybitniejszego biegacza na świecie, ostrzono sobie zęby na ich pojedynek na Igrzyskach Olimpijskich w Amsterdamie w 1928 r. Do Dzikowa przyjechał na święta. Ratował na II i I piętrze, potem przybiegł do Sali Wielkiej pomagać przy ewakuacji bezcennej biblioteki. Gdy runął strop, był wśród tych, którzy znajdowali się na środku sali.

„Gdy wrzała największa praca nad ratowaniem zabytków zamkowych, runął sufit w największej sali piętrowej, w której pomieszczona była biblioteka. Zginęło wówczas dziewięciu bohaterskich obrońców skarbu duchowego, a mianowicie: Janina Kocznerówna, uczennica seminarium, Alfred Freyer, sławny lekkoatleta, Józef i Grzegorz Gilowie, stolarze (ojciec i syn), Jan Mastelarczyk, uczeń gimnazjum, Aleksander Pomykalski, murarz, Wojciech Skiba, strażak, Bronisław Wiącek, praktykant stolarski, Władysław Wiącek, czeladnik. Ciężko ranni byli: Adam Gronek, uczeń gimnazjalny, i Franciszek Wiącek, malarz pokojowy. Najtragiczniej zginął Grzegorz Gil, któremu belka przywaliła nogi i żywcem się palił, a do nadbiegających mu z pomocą wołał, aby siebie ratowali, bo on już zginąć musi” – zanotował w swoich „Pamiętnikach włościanina” wieloletni wójt Dzikowa Jan Słomka.

Zawalenie się stropu Sali Wielkiej i śmierć 9 osób nie powstrzymały akcji ratowniczej. Jednak strażacy nie chcieli już wpuszczać ochotników do wnętrza płonącego zamku.

„Panowało przekonanie, że przy energicznej akcji i ewentualnie sprzyjających okolicznościach parter uda się uratować. Tak zapewniali gorąco strażacy ogniowi. Toteż o brzasku zabroniono wstępu do apartamentów właściciela na parterze, do archiwum i pięknych pokoi gościnnych. Czyniono najusilniejsze zabiegi, by uratować lewe skrzydło zamku i bodaj część prawego. Niestety, wszystko co było nie sklepione, poszło w perzynę” – wspomina M. Marczak.

Pożar szalał przez całą środę 21 grudnia. Oparła mu się tylko część zachodniego skrzydła. Była to najstarsza, pochodząca ze średniowiecza część zamku. Mające kilkaset lat sklepienia okazały się lepszym zabezpieczeniem niż nowoczesne stropy ognioodporne. Z reszty zamku została tylko wypalona skorupa.

OSTATNIE POŻEGNANIE

Wieczorem 21 grudnia, około godziny 19.30 do Dzikowa dotarł hrabia Zdzisław Tarnowski. Według zgodnej relacji świadków, bardziej od utraty zamku wstrząsnęła nim śmierć ratowników.

„Przy dalszej pracy nad lokalizowaniem ognia przede wszystkim pamiętał hr. Tarnowski o tragicznie padłych w obronie skarbów kultury polskiej i Dzikowa osób, i zlecił poszukiwanie zwłok” – opisuje Michał Marczak.

Ciało Alfreda Freyera zidentyfikowano dzięki rozpoznanemu przez brata scyzorykowi. Obok odnaleziono szczątki mieszkającej u Freyerów seminarzystki Janiny Kocznerówny i Józefa Gila. Pochowano ich 23 grudnia na cmentarzu w Miechocinie. Potem odnaleziono zwłoki pozostałych sześciu osób. Złożono je w ocalałej z pożogi kaplicy zamkowej. W ostatni dzień roku odbył się ich pogrzeb.

To było straszne jak wynosili trumnę za trumną, wydawało się, że to będzie trwać bez końca. Były olbrzymie tłumy, kondukt pogrzebowy ciągnął się przez całe miasto – wspominała po latach mieszkanka Tarnobrzega, świadek uroczystości.

Potwierdza to relacja Jana Słomki: „Pogrzeb bohaterskich ofiar pożaru odbył się wśród podniosłych, rzewnych uroczystości, przy udziale nieprzejrzanych zastępów publiczności. Zwęglone szczątki Bronisława Wiącka, najuboższego z tych, co zginęli, nieśli na cmentarz członkowie rodziny Tarnowskich”.

Wszystkich, którzy zginęli przy ratowaniu zamku, pochowano obok siebie, przy jednej alejce cmentarnej. Okazały nagrobek Alfreda Freyera sfinansowano ze składek kibiców z całej Polski. Pieniądze te, zebrane przed jego śmiercią, miały pokryć koszty obozu przedolimpijskiego.

KŁAMLIWA LEGENDA

Po pożarze prasę, również ogólnopolską, zalała fala informacji o tragedii. Wiele spośród nich było kompletnie wyssanych z palca. Dlatego Michał Marczak przedstawił na łamach wielu gazet własną, rzetelną relację z wydarzeń. W związku z pożarem zaczęła też funkcjonować wśród środowisk żydowskich (i tak jest, niestety, do dziś) legenda, jakoby pożar zamku był zemstą Jahwe. W XVIII wieku w Tarnobrzegu skazano na śmierć kilku Żydów oskarżonych o mord rytualny. Wyrok zatwierdziła hrabina Róża z Karwickich Tarnowska. Gdy okazało się, że straceni byli niewinni, zobowiązała się, że po wsze czasy Tarnowscy będą przekazywać społeczności żydowskiej pszenicę na macę. Według szeroko rozpowszechnianej legendy, w 1927 r. hrabia Zdzisław Tarnowski odmówił pomocy, za co dosięgła go kara boska.

Legenda o pożarze jako zemście oparta jest na kłamstwie. Tarnowscy rzeczywiście przekazywali co roku 3 kwintale pszenicy społeczności żydowskiej. W 1926 r. tarnobrzeski kahał poprosił o jednorazowe zwiększenie pomocy i zamiast 3, otrzymał 5 kwintali. Rok później, gdy Zdzisław Tarnowski wystawił asygnatę na zwyczajową ilość zboża, czyli 3 kwintale, Żydzi odrzucili ją jako „zbyt niską”. Potem w prasie żydowskiej ukazały się artykuły z tezą o pożarze jako karze boskiej. Oburzony Zdzisław Tarnowski zawiesił wówczas wszelką pomoc dla Żydów. Wtedy tarnobrzeska gmina żydowska kategorycznie odcięła się od stawianych Tarnowskim zarzutów – mówi Radosław Pawłoszek, historyk z Muzeum Historycznego Miasta Tarnobrzega, który dotarł do dokumentów dotyczących tej sprawy.

Gdy dogaszono ogień, ukazał się tragiczny obraz po szaleństwie żywiołu.

„Prócz kaplicy, dwóch sklepionych pokoi na parterze i dwóch również sklepionych nad nimi w lewym skrzydle, dwóch sklepionych pokoi w skrzydle prawym, cały zamek spłonął doszczętnie aż do podłóg na dole” – opisał zniszczenia Michał Marczak.

Jednak akcja ratowania bezcennych zbiorów dzikowskich okazała się, mimo dramatycznego przebiegu, owocna. Według M. Marczaka uratowano 60 procent starodruków z inkunabułami włącznie, niemal wszystkie rękopisy i 75 procent pozostałego księgozbioru. Ocalało całe archiwum, pamiątki po hetmanie Janie Tarnowskim, prawie wszystkie obrazy i więcej niż połowa oprawionych sztychów oraz część rzeźb. Udało się też uratować większą część sreber i kosztowności i blisko 75 procent umeblowania parteru i pierwszego piętra.

Tarnowscy szybko przystąpili do odbudowy rodowej siedziby. „Nowy” zamek zaprojektował znany krakowski architekt Wacław Krzyżanowski. W 1929 r. budynek był już gotowy. W zamkowej kaplicy uroczyście wmurowano marmurową tablicę poświęconą pamięci tych, którzy zginęli w pożarze. Ich rodziny Tarnowscy otoczyli stałą opieką.

OSTATNI ŚWIADEK

21 grudnia br. mija równo 90 lat od tragedii, która wstrząsnęła Polską. W Tarnobrzegu 2017 rok ogłoszono Rokiem Alfreda Freyera. W Zamku Dzikowskim, obecnie siedzibie Muzeum Historycznego Miasta Tarnobrzega, znów można podziwiać Kolekcję Dzikowską, bibliotekę i… wspomniany w relacji M. Marczaka obraz Wojciecha Kossaka przedstawiający Zdzisława Tarnowskiego w czasie polowania na dzika. Pierwowzór spłonął w pożarze, ale rok po dramatycznych wydarzeniach artysta przyjechał do Dzikowa i ponownie, na podstawie szkiców, namalował obraz. I tylko wnikliwsi zwiedzający zastanawiają się, dlaczego przy podpisie mistrza widnieje zagadkowa data: 1910-1928.

W zamku stoi też ocalony przypadkiem z pożaru wypchany karpacki niedźwiedź. Wówczas jedno z setek trofeów myśliwskich, dziś symbol przetrwania Zamku Tarnowskich w Dzikowie. Ostatni świadek tragicznej historii sprzed 90 lat…

PIOTR WELANYK

Share.

Comments are closed.