Zmarł Jakub Aizenberg, jeden z ostatnich ocalałych mieszkańców staszowskiego getta. Miał 96 lat - Tygodnik Nadwiślański
niedziela, 26 czerwca
reklama

Zmarł Jakub Aizenberg, jeden z ostatnich ocalałych mieszkańców staszowskiego getta. Miał 96 lat

0

W Manchesterze zmarł w wieku 96 lat Jakub Aizenberg. Jako jedyny ze swojej rodziny przeżył likwidację staszowskiego getta i doczekał końca wojny.

Był synem Izaaka i Debory Aizenbergów, których symboliczny grób znajduje się na staszowskim kirkucie.  Miał młodszego brata, Szmelke, Wszyscy członkowie jego rodziny zostali zamordowani przez hitlerowców jesienią 1942 roku.

– Nie wiem nawet jak dokładnie zginęli moja matka, ojciec i brat – opowiadał po latach J. Aizenberg – Prawdopodobnie, razem z innymi wywieziono ich do obozu zagłady w Bełżcu i tam zagazowano. Ale kto wie, może nie wytrzymali morderczego marszu do stacji kolejowej, albo samego transportu?

8 listopada 1942 roku przeszedł do historii Staszowa jako „czarna niedziela”. Tego dnia miejscowa gmina żydowska przestała istnieć. Niemcy wyprowadzili z getta 6 tysięcy jego mieszkańców. Ich los był przesądzony. Dzień wcześniej Jakub Aizenberg, czternastoletni wówczas chłopiec, został wraz z grupą innych osób ukryty na strychu jednego z domów przy ul. Rytwiańskiej.

– Nie zdawałem sobie dokładnie sprawy z niebezpieczeństwa jakie nad nami zawisło – wspominał – Ojciec powiedział mi po prostu, że jeśli zostaniemy razem, wszyscy możemy zginąć, ale jeżeli chcę, mogę udać się w pewne miejsce, gdzie przygotowana została kryjówka. Zgodziłem się. Po raz ostatni widziałem ojca na kładce przerzuconej przez rzekę Czarną. Nie wiem co działo się w dniu zagłady getta. Do naszego schowka docierały jednak krzyki, płacz ludzi i odgłosy strzałów.

Jakub w swojej kryjówce przesiedział kilkanaście dni. Było koszmarnie ciasno, brakowało jedzenia, a przede wszystkim wody. Zdobyć ją nie było łatwo. Na zewnątrz panował mróz, a każde wyjście ze strychu – nawet nocą – groziło zdemaskowaniem i śmiercią.

Ciasna klitka pod dachem okazała się mało skutecznym schronieniem. Nie minęło wiele czasu i Niemcy ją odkryli. Stłoczonym w górze Żydom kazali skakać.

– To było bardzo wysoko – opowiadał ocalony ze staszowskiego getta – Na strych weszliśmy po drabinie, która potem została odstawiona, a oni powiedzieli, żeby skoczyć. Myślałem, że to już koniec, ale widocznie Bóg chciał, żebym przeżył.

Pod Kielcami okupanci mieli fabrykę, produkującą różne materiały dla armii. Potrzebowali darmowej siły roboczej. Jakub Aizenberg do dziś nie wie, jak to się stało, że on młody, chudy jak szkielet i zabiedzony do granic możliwości chłopak, uznany został za zdolnego do pracy i skierowany tam.

Gdy do Wisły zaczęły zbliżać się oddziały radzieckie, hitlerowcy ewakuowali fabrykę do Częstochowy, a pod koniec 1944 roku przewieźli zatrudnionych w niej jeńców do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Tam, jak wspominał J. Aizenberg, więźniów masowo wyniszczał głód.

– Trudno nawet opisać ten koszmar – mówił – Całymi dniami leżeliśmy na pryczach nie dostając zupełnie nic do jedzenia. Byłem już u kresu sił, kiedy któregoś dnia usłyszałem, jak ktoś woła mnie po imieniu. To był młody chłopak z Osieka. Niemcy spędzili kiedyś wszystkich Żydów z tego miasteczka do getta w Staszowie. Którejś nocy on właśnie – wtedy jeszcze dziecko – zapukał do naszego mieszkania i poprosił o nocleg, tłumacząc, że zgubił rodziców. Został z nami. Los chciał, że w Buchenwaldzie spotkaliśmy się znowu. Nasz dawny współlokator miał dwa kawałki chleba i jeden mi oddał. Być może uratował mi w ten sposób życie.

W lutym 1945 roku więźniowie obozu zostali przeniesieni do Colditz, w pobliżu dzisiejszej granicy niemiecko-czeskiej. W trudnych zimowych warunkach, skrajnie wyczerpani ludzie musieli pod eskortą maszerować przez dwa tygodnie. Kto opadał z sił, był po prostu dobijany. Kolumna, która wyszła z Buchenwaldu liczyła 600 osób. Na miejsce dotarło kilkadziesiąt. Był w tym gronie również Jakub Aizenberg. W Colditz doczekał wyzwolenia. Tam też dowiedział się, że rząd brytyjski zdecydował się przyjąć i otoczyć opieką tysiąc tzw. „sierot Holocaustu”, czyli żydowskich dzieci, które straciły swoich bliskich w czasie wojny.

– Samolotem przewieziono nas z Pragi do Anglii – wspominał – Uczyliśmy się języka, potem dali nam prac. Zaczęło się zwyczajne życie.

Brytyjska telewizja nakręciła film dokumentalny bazujący na wspomnieniach Jakuba Aizenberga. Zdjęcia do niego realizowane były m.in. w Staszowie.

Fot. R. Staszewski

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.