Cicha noc, krwawa noc… [Reportaż]

0

Potworność i kompletna nieracjonalność tej zbrodni wciąż budzą grozę. Jeszcze większe jednak przerażenie wywołuje zmowa milczenia, która otoczyła mord. Choć minęły lata, wciąż jest wszechobecna. W te święta mija równe 40 lat od zbrodni pod Połańcem.

O zbrodni w Zrębinie koło Połańca napisano wiele książek, nakręcono film, proces sprawców zaliczono do najsłynniejszych procesów świata, a wciąż zrozumienie tego, co stało się w wigilijną noc w 1976 r., wymyka się zdrowemu rozsądkowi.

BÓG SIĘ RODZIŁ

Była mroźna grudniowa noc. Najpiękniejsze polskie święto – Boże Narodzenie. Na pasterkę do kościoła w Połańcu przybyły tłumy ludzi z całej okolicy. Modlili się, śpiewali kolędy. Wśród uczestników pasterki było młode małżeństwo z pobliskiego Zrębina, 25-letni Stanisław Łukaszek i jego ciężarna, 19-letnia żona Krystyna. A z nimi 12-letni brat Krystyny, Mieciu Kalita. Nie mogli przypuszczać, że to ostatnie chwile ich życia. Wszak Bóg się rodził…

Nie dotrwali do końca pasterki. Podeszła do nich siostra cioteczna Kalitów, powiedziała, że w Zrębinie ojciec Krystyny się upił, zrobił awanturę i matka prosi, żeby zaraz wrócili do domu. Pospiesznie wyszli z kościoła. Nie mieli czym wrócić do Zrębina, poszli więc pieszo, przez zaspy.

Tej nocy ze Zrębina do Połańca przyjechały dwa wynajęte autobusy PKS. Przywiozły uczestników suto zakrapianej alkoholem imprezy zorganizowanej przez Jana Sojdę, „króla Zrębina”, najbogatszego gospodarza we wsi, spokrewnionego z Kalitami.

Pomiędzy rodziną Kalitów a Janem Sojdą od lat tliła się nienawiść. Co było jej przyczyną, tak naprawdę nikt nie wie. Niektórzy mówili, że Jan Sojda znienawidził Kalitów, bo 2 lata po wojnie, Jan R., dziadek Krystyny i Miecia, ormowiec, uczestniczył w jego aresztowaniu pod zarzutem gwałtu. Sojda odsiedział 8 miesięcy w więzieniu. Po latach na podwórzu Jana Sojdy został zastrzelony 10-letni syn Jana R. Broń, z której padł śmiertelny strzał, należała do właściciela gospodarstwa, ale strzelać miał jego znajomy. Według oficjalnej wersji „strzelał do psa, a dziecko trafił przez przypadek”. Tragedię uznano za wypadek, sprawca otrzymał wyrok w zawieszeniu. A niedługo po tym… zginął w wypadku samochodowym.

Kryminalny epizod nie zaszkodził Janowi Sojdzie. Miał wielkie gospodarstwo, wyróżniał się bogactwem (jako jedyny w okolicy posiadał ciągnik i telefon), dzięki czemu cieszył się dużym mirem w lokalnej społeczności. Został nawet ławnikiem sądowym, gdy tylko wyrok za gwałt uległ zatarciu. Tylko Kalitowie byli jak cierń w jego boku, bo nie dość czołobitnie wyrażali szacunek dla „króla”. Mimo tego, obydwie rodziny jakoś koegzystowały.

Latem 1976 r. w Zrębinie odbył się ślub Krystyny Kality i Stanisława Łukaszka. Na wesele zaproszono rodzinę Sojdów. Siostra Jana pomagała w kuchni. Ktoś podejrzał, że wynosi ona z wesela sporą ilość kiełbasy. Matka Krystyny zwróciła jej uwagę, doszło do awantury, po której Sojda z rodziną opuścił wesele. Obrażony „król” zapowiedział, że nie daruje zniewagi i „wypleni Kalitowe plemię”. Wtedy nikt nie potraktował tego poważnie. Ale Jan Sojda nie żartował.

Gdy Krystyna Łukaszek wraz z mężem i bratem opuszczali pasterkę, nie wiedzieli, że w rzeczywistości w ich domu nie było żadnej awantury. Wiadomość przekazana przez cioteczną siostrę była tylko elementem zbrodniczego planu. Kwadrans po ich wyjściu z kościoła, w stronę Zrębina ruszył autobus wypełniony gośćmi Jana Sojdy. Byli ściśnięci, bo musieli zabrać pasażerów drugiego autobusu, który się popsuł. Poprzedzał ich fiat 125 p kierowany przez Jerzego S. – zięcia Sojdy. W środku jechali Jan Sojda i mąż jego siostry, Józef Adaś.

MAKABRA

Nie wiadomo co myślała trójka pieszych wędrujących do domu, widząc z tyłu światła nadjeżdżających samochodów. Zapewne mieli nadzieję, że ktoś ich podwiezie, że nie będą musieli iść jeszcze kilku kilometrów w siarczystym mrozie.

Gdy fiat mijał pieszych, kierowca nagle skręcił i potrącił 12-letniego Miecia. Chłopiec upadł krzycząc „Mamo, ratuj”. Jego siostra z mężem podbiegli do niego. Pewnie myśleli, że to wypadek, że zaraz ktoś im pomoże. Szczególnie, że obok zatrzymał się autobus pełen ludzi. Ale koszmar dopiero się zaczynał. Z fiata wyskoczyli Jan Sojda i Jerzy Adaś. W rękach mieli ciężkie, 3-kilogramowe klucze do kół, zabrane wcześniej z autobusu. Najpierw dopadli Stanisława Łukaszka. Bili metodycznie, nie po to, żeby pobić, tylko zabić. Krystyna próbowała uciekać. Nie miała żadnych szans. Gdy jej mąż upadł, Adaś został, żeby go dobić, a Jan Sojda pobiegł za nią. Krzyczała: „Wujku, nie zabijaj mnie. Zabiłeś mi męża i brata, choć mnie zostaw matce!”. Na próżno. Nawet jej widoczna ciąża nie powstrzymała mordercy. Gdy ucichła, przeciągnęli jej ciało tam, gdzie zakatowali męża. 12-letni Mieciu jeszcze żył. Ale dla niego też nie było litości. Zbrodniarze dobili go przejeżdżając kilkakrotnie fiatem.

Makabrze na drodze przyglądali się pasażerowie autobusu. Część z nich była pijana, ale dlaczego NIKT z kilkudziesięciu osób nie zareagował, nie spróbował powstrzymać mordu? Odpowiedź, że sterroryzował ich drugi z zięciów Sojdy, Stanisław K. nie wyjaśnia tajemnicy, która już na zawsze skalała nazwę Zrębin.

Po masakrze, w autobusie rozegrała się kolejna odsłona dramatu. Jan Sojda odprawił makabryczny rytuał. Po kolei podchodził do każdego, kazał klękać, przysięgać na krucyfiks, że będzie milczeć. Nakłuwał palce agrafką, na kartce papieru kreślili krwią znak krzyża i ponawiali przysięgę. I dawał pieniądze, po kilka tysięcy złotych. Więcej niż wynosiła przeciętna pensja. Nikt nie protestował, wszyscy przysięgli…

Zmasakrowane ciała Krystyny, Stanisława i Miecia załadowano do autobusu i przewieziono prawie pod sam Zrębin. Tam ułożono je przy drodze i rozjechano autobusem. Miało to wyglądać na wypadek drogowy. Dziewczynę dodatkowo rozebrano, by upozorować gwałt. Nie miało to żadnego sensu, kłóciło się wręcz z wersją o wypadku. Może więc sprawcom chodziło o ostateczne odarcie jej z godności, upodlenie?

Milicja Obywatelska ze Staszowa odnalazła pusty autobus rano. Gdy go przesunięto, okazało się, że są pod nim zwłoki trzech osób. Sprawę potraktowano jako wypadek drogowy. Wszczęto poszukiwania kierowcy autobusu. Śledztwo prowadzone było w wyjątkowo nieudolny sposób. Niedbale przeprowadzono sekcję zwłok ofiar, nie zabezpieczono miejsca tragedii. Świadków żadnych nie znaleziono. Zaczęły się też dziać rzeczy dziwne. Sprawny autobus w ekspresowym tempie został skierowany do kasacji, zanim zabezpieczono w nim ślady. Nieudolnie przeprowadzoną sekcję zwłok ofiar wykonał lekarz bez uprawnień. Wyglądało na to, że zbrodnia ujdzie sprawcom na sucho. W Zrębinie zmowa milczenia trwała, ale emocje buzowały. 12-letni kolega Miecia Kality, w nocy, pod oknami Sojdów wykrzykiwał „Mordercy!”.

W Połańcu zjawili się śledczy z Komendy Wojewódzkiej MO z Tarnobrzega. Szczególnie jednemu z nich, sierżantowi Januszowi Raganowi, nic w tej sprawie nie pasowało. Jak sam opowiadał wiele lat później, zaczął „węszyć jak pies”. I wywęszył. Powoli ze strzępków informacji zaczął się wyłaniać obraz zbrodni.

W lutym 1977 r. zatrzymany został Józef Adaś. Wtedy jeszcze prowadzący śledztwo nie wiedzieli, że jest jednym z morderców. Zarzucono mu spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. A potem ze zmowy milczenia wyłamał się jeden sprawiedliwy. Leszek B. opowiedział śledczym ze szczegółami, co wydarzyło się w wigilijną noc na drodze z Połańca do Zrębina. Opowieść była tak nierealna, że początkowo nie uwierzyli. Szczególnie że nikt inny nie potwierdzał tej wersji wydarzeń. Milczenie zrębinian wymuszał Jan Sojda. Tym, którzy się wahali, przykładał nóż do szyi, przypominając, że przysięgali na krzyż. Zorganizował też powtórne ślubowanie. Zawiózł świadków do sąsiedniej Wolicy i tam, w kapliczce, przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, kazał znów przysięgać, że do śmierci zachowają milczenie. Ale było już za późno.

W maju 1977 r. Sojda został aresztowany za utrudnianie śledztwa i nakłanianie do składania fałszywych zeznań. Potem do aresztu trafili jego zięciowie. Machina ruszyła. Ale Leszek B., ten który pierwszy ujawnił prawdę, przypłacił to życiem. Znaleziono go martwego w przepływającej opodal Zrębina rzece Czarna. Woda, w miejscu w którym według oficjalnej wersji utonął, miała kilka centymetrów głębokości…

ŚMIERĆ ZA ŚMIERĆ

Proces oskarżonych o potrójne morderstwo Jana Sojdy, Józefa Adasia, Jerzego S. i Stanisława K. ruszył 7 listopada 1978 roku przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu, mającym wówczas siedzibę w Sandomierzu. Oskarżeni wynajęli najbardziej wziętych w kraju obrońców, m.in. Władysława Siłę-Nowickiego i Zbigniewa Dykę. Świadkowie, którzy w śledztwie złożyli obciążające oskarżonych zeznania, nagle doznawali amnezji lub odwoływali je, twierdząc, że zostały wymuszone przez milicjantów. Gdy kolejne osoby deklamowały tę samą formułkę „nie oświadczam się”, proces zamienił się w farsę. W końcu prokuratura zaczęła wnioskować o wysokie wyroki za składanie fałszywych zeznań. Kilka osób skazano, reszta odzyskała pamięć.

10 listopada 1979 r. zapadł wyrok – wszyscy czterej oskarżeni zostali skazani na karę śmierci. W lutym 1982 r. Sąd Najwyższy utrzymał kary śmierci dla Jana Sojdy i Józefa Adasia. Jerzemu S. zamieniono wyrok śmierci na 25 lat pozbawienia wolności, Stanisławowi K. na 15 lat więzienia. 22 listopada 1982 r. wykonano egzekucje. Jerzy S. odsiedział 14 lat i 6 miesięcy, Stanisław K. 11 lat i sześć miesięcy.

Wydawało się, że sprawa Zrębina została pogrzebana. Tak się jednak nie stało. W 1992 roku mecenas Zbigniew Dyka został ministrem sprawiedliwości w rządzie Hanny Suchockiej i złożył rewizję nadzwyczajną w sprawie, którą sam wcześniej prowadził jako adwokat. Wybuchł skandal, jednak minister nie wycofał się ze swojej decyzji. Sąd Najwyższy po zbadaniu sprawy oddalił rewizję jako całkowicie bezzasadną.

40 lat po zbrodni w Zrębinie nadal panuje zmowa milczenia, ludzie kryją się za nienaturalnie wysokimi płotami, nie chcą rozmawiać. Chcieliby tylko, żeby dać im spokój. A rodziny skazanych wciąż twierdzą, że byli oni niewinni.

PIOTR WELANYK

Może zainteresują Cię również wpisy oznaczone podobnymi tagami:

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.