Mord na cmentarzu

0

staszów (Medium)Ta historia wydarzyła się w Staszowie, zimą, niedługo po likwidacji getta. Wszystko działo się w biały dzień, na oczach wielu ludzi. Być może świadkowie tragedii jeszcze żyją i po przeczytaniu tego tekstu pomogą odtworzyć inne, nieznane szczegóły wstrząsającej zbrodni. Przytoczona poniżej wersja zdarzenia opiera się głównie na tym, co zapamiętał Zdzisław Dorobczyński, który jako 13-letni wtedy chłopak od początku do końca obserwował wszystko, co się stało.

Dziś mieszka w  Ostrowcu Świętokrzyskim, wówczas – pod koniec 1942 roku – był uczniem VI klasy staszowskiej Szkoły Podstawowej. Rok 1942 stanowi najciemniejszą bodaj kartę w  całej historii grodu nad Czarną. W  połowie czerwca władze okupacyjne wydały zarządzenie o utworzeniu getta, które zlokalizowane było w  rejonie ulic: Złotej, Długiej, Krótkiej, Stodolnej, Bóżniczej, Dolnorytwiańskiej, Górnorytwiańskiej, Kąpielowej i  okolic garbarni na Folwarkach.

Jego brama znajdowała się na ul. Kupieckiej. W  getcie znalazło się kilka tysięcy ludzi. Ich dokładną liczbę trudno oszacować, bo źródła na ten temat podają bardzo rozbieżne informacje. Byli to nie tylko Żydzi ze Staszowa, ale także uciekinierzy i  przesiedleńcy z  innych okolic, w  tym m.in. z Podkarpacia. Getto funkcjonowało niecałe pięć miesięcy, do 8 listo-pada 1942 roku, który to dzień przeszedł do annałów pod nazwą „czarnej niedzieli”.

Niemcy wyprowadzili wówczas z miasta jego żydowskich mieszkańców, którzy po morderczym marszu do położonego nad Wisłą Szczucina, załadowani zostali do bydlęcych wagonów i wywiezieni do obozów śmierci. Całej koszmarnej wędrówce na stację kolejową towarzyszyły egzekucje tych, którzy opadali z  sił. Kilkudziesięciokilometrowa droga usłana była ciałami zabitych. Jesienią ubiegłego roku, z udziałem m.in. wiceambasadora Izraela w Polsce i naczelnego rabina RP, obchodzona była 70. rocznica zagłady gminy żydowskiej.

Po „akcji likwidacyjnej” Niemcy pozostawili w  Staszowie kilkuset Żydów – przeważnie młodych mężczyzn, których wy-korzystano do porządkowania terenu getta. Na jego terenie ukrywały się jeszcze nieliczne osoby, których schronienia nie udało się odkryć przeczesującym opuszczone posesje okupantom.

Parę dni po „czarnej niedzieli”, kiedy spadł pierwszy śnieg, jedna z kryjówek została przypadkowo zdekonspirowana. – Było wczesne popołudnie– wspomina Zdzisław Dorobczyński. – Wracałem właśnie ze szkoły, gdy zauważyłem zbiegowisko na Rynku. Ludzie stali na chodniku, tuż obok składu aptecznego pana Tomaszewskiego. Wszędzie dookoła zalegała cienka warstwa białego puchu, a  w  tym jednym miejscu była tylko wielka kałuża z  roztopionego śniegu. Nie umknęło to, niestety, uwadze patrolujących Rynek Niemców. Niezwłocznie zaczęli oni szukać przyczyny wydobywania się ciepła spod ziemi. Jak relacjonuje dalej świadek tamtych wydarzeń, mimo usilnych poszukiwań, okupantom nie udało się znaleźć wejścia do piwnicy, która prawdopodobnie tam się znajdowała. Ściągnęli więc strażaków, którym nakazali usunąć płyty chodnikowe i  rozkopać zmarzniętą ziemię. W  pewnym momencie pracujący pod pilnym nadzorem Niemców robotnicy odsłonili kamienne sklepienie, w którym następnie zmuszeni byli wybić dość duży otwór. – Do środka spuścili drabinę i wyciągnęli stamtąd około 40 osób narodowości żydowskiej: mężczyzn, kobiety, a także mniej więcej 10-letniego chłopca– dodaje Z. Dorobczyński. – Potem ustawili wszystkich czwórkami, pod apteką Krauzego, gdzie dziś znajduje się hotel „Gwarek”. Zażądali oddania wszystkich rzeczy i  pieniędzy. Ukrywający się mieli ich chyba sporo, bo Niemcy z trudem upchali je do kieszeni swoich płaszczy. Po ograbieniu zrozpaczonych ludzi żołnierze odeszli na moment w kierunku ul. Kościelnej, do siedziby Gestapo, zostawiając w celu nadzoru całej grupy tylko jednego polskiego policjanta uzbrojonego w pistolet. Zdzisław Dorobczyński zapamiętał, że w pewnym momencie od kolumny odłączył się wspomniany wcześniej chłopiec i, zapewne namówiony przez starszych, próbował uciekać w kierunku ulicy Krakowskiej. Niestety, zauważył to policjant, który grożąc bronią, zmusił go do powrotu. Jak twierdzi świadek, większą szansę na ucieczkę miała kilkunastoletnia dziewczyna.– Miała na sobie lekki, czerwony płaszczyk– wspomina. – Stała w  ostatniej czwórce. Parę kroków dalej była niezamknięta brama. Próbowała pójść w  jej kierunku. Nikt nie zareagował, ale w pewnym momencie sama wróciła do reszty. Być może pomyślała, że to wszystko i tak z góry skazane jest na niepowodzenie? (…)

Rafał Staszewski

Więcej w papierowym wydaniu „TN”.

Może zainteresują Cię również wpisy oznaczone podobnymi tagami:

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.