Pielęgniarka od Andersa [REPORTAŻ]

0

Starsi tarnobrzeżanie mogą ją pamiętać z pracy w pogotowiu. Filigranowa przełożona pielęgniarek słynęła z życzliwego podejścia do pacjentów i… żelaznej dyscypliny wśród personelu. Młodsi mieli okazję ją poznać w czasie licznych spotkań, gdy opowiadała o swoich wojennych losach. JANINA HOFMAN jest jedną z nielicznych już żyjących weteranek, które przeszły cały szlak „armii Andersa”.

Urodziła się na Nowogródczyźnie, w rodzinie o patriotycznych tradycjach. Ojciec, legionista Piłsudskiego, był komisarzem policji, ona uczyła się w gimnazjum w Wilnie. Szczęśliwa młodość przerwana została brutalnie we wrześniu 1939 roku. Po napaści Niemiec na Polskę została gońcem, rozwoziła powołania mobilizacyjne. Wtedy jeszcze wierzyła, że wojna szybko się skończy. Marzenia prysły ostatecznie 17 września, gdy cios w plecy zadała Polsce Armia Czerwona.

WSCHODNIA GEHENNA

To był koszmar, napaść diabłów z piekła rodem. Z rogiem na czapce i czerwoną od krwi gwiazdą. Szybko też zaczęły się represje, aresztowania. A potem głód. Boże Narodzenie 1939 roku spędzaliśmy bez choinki i stołu wigilijnego. A potem zaczęły się wywózki – opowiada pani Janina. – 13 kwietnia 1940 roku sołdactwo wpadło do domu. Dostaliśmy godzinę na spakowanie się. Zapakowano nas do bydlęcych wagonów i powieziono Bóg wie gdzie. Jechaliśmy całymi tygodniami, ludzie umierali. W końcu pociąg się zatrzymał i kazano nam wysiadać. Do dziś pamiętam ten widok. Wszędzie wokół pustka, śnieg, i my, zmarznięci, przerażeni.

To był Kazachstan, miejsce zsyłki Polaków z Kresów Wschodnich. Zostali stłoczeni w wykopanych ziemiankach, dziesiątkowani przez choroby, zimno i głód. – Ale ducha nie traciliśmy, nie myśleliśmy się poddać. Z koleżanką z Wilna umyśliłyśmy sobie, że uciekniemy. Chciałyśmy się przedostać do Polski. Było to szalone, ale miałyśmy po 15 lat, nie zdawałyśmy sobie sprawy na co się porywamy.

Pomysł był nie tylko szalony, ale wręcz niewykonalny. To był Związek Radziecki, totalitarny kraj z wszechobecną władzą bezpieki, a z Kazachstanu do granicy było kilka tysięcy kilometrów. A jednak prawie się udało.

Miałyśmy od rodziców kilka złotych drobiazgów. Dzięki nim kupowałyśmy bilety na pociąg. A potem z duszą na ramieniu, udając Ukrainki, wyruszyłyśmy. I choć kontrolowano pociągi, dotarłyśmy najpierw do Moskwy, a potem aż do dawnej granicy polskiej. Szczęścia zabrakło nam o krok od wymarzonego celu podróży, w Szeptówce. Nie przyznawałyśmy się skąd jesteśmy, trafiłyśmy do więzienia. Prawdopodobnie by nas rozstrzelali, ale biurokracja w Rosji Sowieckiej działała wolno i to nas uratowało. Pewnego dnia obudziły nas wybuchy. Okazało się, że Niemcy zaatakowali Sowietów. W tym zamieszaniu udało się nam uciec z więzienia. Zapanował kompletny chaos. Ja postanowiłam, że wracam do rodziny, do Kazachstanu. I znów się udało, dojechałam, choć z przygodami. Na miejscu okazało się, że mamę i siostry wywieziono dalej. No to zaczęłam ich szukać. Budowały linię kolejową do Karagandy. Ruszyłam za nimi. Ostatnie 15 kilometrów szłam piechotą, ale je odnalazłam.

ŻOŁNIERZE TUŁACZE

Wybuch wojny sowiecko – niemieckiej tylko w nieznacznym stopniu zmienił los polskich zesłańców. Ale pojawił się cień nadziei – rozeszła się informacja o formowaniu polskiego wojska. Pani Janina wraz z czwórką młodych Polaków ruszyła szukać punktu zbornego polskiego wojska.

Sowieci robili wszystko, żeby nas zniechęcić. Ale dotarliśmy do Buzułuku. Tam komendant, w stopniu majora, nie chciał mnie przyjąć. Opowiedziałam mu o swojej ucieczce, o więzieniu. To zmiękczyło mu serce. Przyjęto mnie do wojska! Tylko musiałam trochę oszukać, dodałam sobie 2 lata. Zgłosiłam się do plutonu sanitarnego. Nie chcieli mnie tam, byłam wychudzona, mała. Ale się uparłam i dopięłam swego. Po przeszkoleniu trafiłam do szpitala wojskowego. Wyobrażałam sobie szpital tak jak przed wojną, z łóżkami, lekarstwami. To, co zobaczyłam było szokiem. Chorzy leżeli na ziemi, na jakichś kocach, z chlebakami zamiast poduszek. Smród, zaduch był potworny. A najgorsze, że nie mieliśmy leków, a wszyscy byli po sowieckich łagrach, wycieńczeni, zawszeni. Umierali setkami.

To był dopiero początek koszmaru. Na formujące się jednostki polskiego wojska i towarzyszące im dziesiątki tysięcy cywilów spadła epidemia tyfusu plamistego. Zebrała śmiertelne żniwo. Zachorowała i pani Janina. Jednak młody organizm przetrzymał chorobę.

Jeszcze nie wydobrzałam, gdy wybuchła epidemia czerwonki. My byłyśmy najbliżej chorych, opiekowałyśmy się nimi. No i znów zachorowałam. Ale i to przetrwałam. Potem rozeszła się wieść, że ewakuują nas do Iranu. Modliłam się, żeby tylko nie zachorować. Ale nie wymodliłam, zapadłam na żółtaczkę. Cudem dostałam się na statek, właściwie to przemycono mnie, bo chorzy mieli zostać w Sowietach.

ŚLUB W BAZYLICE NARODÓW

Z Iranu Polskie oddziały trafiły do Iraku. Tam wreszcie zapewniono im opiekę medyczną.

Gdy wyzdrowiałam, trafiłam do irackiego Chanakin. Przeszłam kolejne kursy sanitarne i w końcu jako siostra pogotowia sanitarnego PCK zostałam skierowana do miejscowego szpitala. Tamten szpital był jak z bajki, szczególnie po doświadczeniach ze Związku Sowieckiego. Łóżka, leki, czysta pościel. Aż się chciało pracować. Szybko zaczęliśmy dochodzić do siebie. Ale na początku, ta cała nasza armia, to był jeden wielki szpital – wspomnienia tamtych dni są wciąż żywe. – Potem trafiliśmy do Palestyny, a następnie do Egiptu.

Żołnierze odbywali szkolenia szykując się do walki. Jednocześnie też próbowali chwytać choć pozory normalnego życia. Nie było to łatwe, bo „andersowcy”, w większości mieszkańcy przedwojennych Kresów Wschodnich, już wiedzieli, że sojusznicy Polski – Anglicy i Amerykanie – „sprzedali” Polskę Stalinowi, a oni nie bardzo mają dokąd wrócić.

Podejście Anglików było skandaliczne. Traktowali nas nawet nie jak ubogich krewnych, ale jakiś gorszy gatunek. Naszych chłopaków to rozwścieczało, często dochodziło do bójek. W końcu sytuacja stała się tak napięta, że w niektórych miejscach w Egipcie i Palestynie ogłaszano stan wyjątkowy. Nie zapomnę wielkiej awantury w Kairze. W takim dużym, piętrowym lokalu Anglicy zaczęli zaczepiać naszych żołnierzy. W efekcie doszło do potężnej bójki. Nasi byli górą, ale wtedy wpadła angielska żandarmeria wojskowa i oczywiście rzuciła się na Polaków. Zrobiło się bardzo niedobrze, ale dostaliśmy nieoczekiwaną pomoc – na piętrze lokalu imprezował tłum Australijczyków. Gdy zobaczyli, że żandarmeria atakuje Polaków, skoczyli nam na pomoc. I to dosłownie, bo z I piętra skakali żandarmom na głowy. Cóż, oni też nie znosili Anglików… – śmieje się pani Janina.

W Egipcie nasza bohaterka poznała swojego przyszłego męża, Alfreda Hofmana z Rzeszowa.

Stworzyło się takie małe towarzystwo, kilku oficerów, wśród których byli m.in. Leonid Teliga, późniejszy słynny żeglarz, no i mój Alfred, oficer 3 Dywizji Strzelców Karpackich. W 1944 roku dostaliśmy oficjalną zgodę na ślub. Wzięliśmy go w miejscu szczególnym, w Jerozolimie, w Bazylice Narodów, położonej w miejscu, gdzie do tej pory rośnie 8 drzew oliwnych będących świadkami modlitwy i konania Chrystusa.

CZERWONE MAKI

Idylla nie trwała długo. 2 Korpus wyruszył na front do Włoch. Pani Janina trafiła do miejscowości Campobasso. W zabytkowym pałacu zorganizowano w ekspresowym tempie duży szpital wojenny.

Było sielsko, kwitły maki, życie w szpitalu płynęło wręcz leniwie. Aż do 12 maja 1944 roku (dzień pierwszego natarcia Polaków na Monte Cassino – przyp. red.). Nie zapomnę jak zobaczyłyśmy przez okno, że do naszego szpitala jadą sanitarki. Długi, niekończący się sznur samochodów. Zamarłyśmy. Było nas w szpitalu za mało, nikt chyba nie spodziewał się, że będą takie straty. Nie wytrzymywałyśmy psychicznie, płakałyśmy. Ale pracowałyśmy cały czas. Nie było mowy o tym, że są jakieś dyżury, zmiany. Jak od ciągłego biegania puchły nam nogi, to pracowałyśmy na bosaka. Po kilku dniach trochę się uspokoiło. Jednak nie na długo. Koło 17 maja znów zobaczyłam ciągnący do nas sznur sanitarek. Byłyśmy zrozpaczone, wyglądało, jakby całe nasze wojsko się wykrwawiło – wspomnienie tamtych dni wciąż wywołuje u pani Janiny łzy. – To byli nasi chłopcy, nasi znajomi, przyjaciele. Minęło 70 lat, a ja pamiętam moich rannych jakby to zdarzyło się wczoraj. Mojego kolegę z Iraku, któremu amputowano nogę, żołnierza, któremu życie uratował plik listów i wielu innych. Ale najbardziej zapadł mi w pamięć młody, umierający żołnierz. Zawołał mnie do swojego łóżka i poprosił gasnącym głosem, żebym mu zaśpiewała. A mnie tak żal ścisnął gardło, że nie potrafiłam wydobyć głosu…

W szpitalu Janina Hofman poznała m.in. Melchiora Wańkowicza, który zbierał tu materiały do książki „Bitwa o Monte Cassino”. Do personelu szpitala dochodziło też coraz więcej informacji z frontu. O tym, że Polacy złamali opór elitarnych niemieckich jednostek, przełamali obronę, od której wcześniej odbili się kolejno Anglicy, Amerykanie, Hindusi i Nowozelandczycy i zdobyli „niezdobyty” klasztor.

Nawet Anglicy przez chwilę przestali traktować nas „z góry”. Dowódca słynnej VIII Armii brytyjskiej nadał II Korpusowi prawo do noszenia emblematu jego armii, wszyscy patrzyli na nas jak na „nieludzi”, bo dokonaliśmy czegoś nadludzkiego. A nas rozpierała duma przemieszana z rozpaczą, bo to zwycięstwo zostało bardzo krwawo okupione – mówi pani Janina.

Dla II Korpusu Monte Cassino nie było końcem walk we Włoszech. Po uzupełnieniu strat, korpus znów rzucono w bój. Pani Janina wraz ze szpitalem wojskowym trafiła do Ancony.

– Leczyliśmy Polaków, Hindusów, Malajów, Anglików, a także włoskich cywilów. No i w końcu spotkałam się z moim mężem. Choć nie w takich okolicznościach jakie sobie wymarzyłam. Przywieźli go ciężko rannego prosto z frontu. Na szczęście lekarzom udało się go uratować. A potem jeszcze okazało się, że jestem żoną bohatera, bo został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari.

POLSKIE LOSY

Upadek III Rzeszy zastał Janinę i Alfreda Hofmanów we Włoszech. Jak większość żołnierzy II Korpusu stanęli przed dylematem co robić dalej. Ich Polski już nie było, Kresy Wschodnie zostały wcielone do ZSRR, w kraju rządzili komuniści.

Wielu wyjechało na Antypody, bo zaprzyjaźniliśmy się z Australijczykami. A my z mężem odkładaliśmy decyzję, zwiedzaliśmy Italię. W końcu zdecydowaliśmy, że popłyniemy do Anglii. Dla mnie to był też czas szczególny, bo byłam przy nadziei. Płynęliśmy osobno. Ja na transportowcu sanitarnym „Atlantis”. Mąż dopłynął wcześniej i w Anglii powitał… nas już dwie. Bo na Atlantyku urodziłam córkę.

W Anglii długo nie zabawili. Gdy Hitler przestał zagrażać Brytyjczykom, Polacy stali się zbędnym ciężarem.

– „Pole go home”, Polacy do domu. Słyszeliśmy to na każdym kroku. O powrocie do Polski ostatecznie zdecydował list od siostry. Jakimś cudem znalazła mnie w Anglii. Okazało się, że i mama i moje obie siostry przeżyły zsyłkę i wróciły do Polski.

UZNANIE PO LATACH

Po powrocie czekał ich los tysięcy żołnierzy walczących w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Nękanie przez Urząd Bezpieczeństwa, szykany. Kawaler Orderu Virtuti Militari, kapitan Alfred Hofman został zweryfikowany jako…szeregowiec, nie uznano mu stopnia oficerskiego, nie przyjmowano do pracy. Imał się dorywczych zajęć, kopał rowy, itp. Gdy w Tarnobrzegu rozpoczęto budowę zagłębia siarkowego, rodzina przeprowadziła się tu z Rzeszowa.

Przez chwilę mieliśmy nawet piękne mieszkanie. Ale potem sława andersowców trafiła za nami i przesiedlono nas w dużo gorsze miejsce – wspomnienia „polskiego” etapu życia są gorzkie. – Potem jakoś to się ułożyło, byłam przez wiele lat przełożoną pielęgniarek w tarnobrzeskim pogotowiu.

Dopiero po 1989 roku pani Janina doczekała się zasłużonego uznania. Otrzymała stopień porucznika Wojska Polskiego, za całokształt swojej służby pielęgniarskiej odznaczono ją też, jako jedną z nielicznych Polek, najwyższym laurem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, medalem Florence Nightingale. Ma także Medal Wojska, Medal Zwycięstwa i Wolności, Krzyż Monte Cassino, Gwiazdę 1939/45, Gwiazdę Italii, Medal Obrony i medal Weterana Wojsk Brytyjskich.

Mimo 93 lat, pani Janina nadal pozostaje aktywna. Uczestniczy w spotkaniach weteranów, spotyka się z młodzieżą, jest żywym świadectwem polskiej historii.

Można powiedzieć, że mama przeżywa kolejną młodość – cieszy się Ewa Gutarewicz, córka Janiny Hofman.

PIOTR WELANYK

Może zainteresują Cię również wpisy oznaczone podobnymi tagami:

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.