Spec od umierania [W najnowszym TN]

0

Rozmowa z KRZYSZTOFEM FUSEM pierwszym polskim kaskaderem filmowym, sandomierzaninem z urodzenia.

KRZYSZTOF FUS (ur. w 1941 r. w Sandomierzu). Jest uznawany za pierwszego, nie tylko w Polsce, ale całej środkowo-wchodniej Europie kaskadera filmowego. Pracował (również jako aktor) na planach wielu produkcji kinowych i telewizyjnych. Oto niektóre z nich: „Jak rozpętałem II wojnę światową”, „Stawka większa niż życie”, „W pustyni i w puszczy”, „Miś”, „Kingsajz”, „Deja vu”, „Szwadron”, „Psy I i II”, „Kiler”, „Sara”, „Dom”, „Boża podszewka”,„Pan Tadeusz”, „Przedwiośnie”, „Chopin – pragnienie miłości”, „Wiedźmin”, „Janosik. Prawdziwa historia”, „1920 Bitwa warszawska”, „Jack Strong”, „W ciemności”, „Syberiada polska”.

– Próbowałeś kiedyś policzyć filmy przy których pracowałeś?

– Na pewno było ich ponad tysiąc.

– Robi wrażenie!

– W tej liczbie są też seriale i przedstawienia teatralne. Zaczynałem we wczesnych latach 60. i zajmuję się tym do dziś, więc to już przeszło pół wieku.

– „Cała naprzód” Stanisława Lorentowicza z 1966 roku. W różnych branżowych serwisach ten film wymieniany jest jako Twój debiut.

– Nie jest to do końca prawdą. Faktycznie u Lorentowicza po raz pierwszy pracowałem jako kaskader. Tak to zostało oficjalnie zdefiniowane. Ale wcześniej zdarzyło mi się statystować w kilku innych produkcjach.

– Idąc studiować na AWF myślałeś już o pracy przed kamerami, o dublowaniu aktorów w najbardziej niebezpiecznych scenach?

– O tym, że trafiłem do filmu, zadecydował przypadek. Nie lubię tego słowa, ale tak właśnie było. Kiedyś, w czasie studiów, szedłem wieczorem ulicą we Wrocławiu, i nagle widzę człowieka, który zamyślony, a może rozkojarzony, pcha się prosto pod tramwaj. Zdążyłem go odepchnąć w ostatniej chwili. Z początku nie wiedział co się stało. Później spytał kim jestem, więc mówię, że studiuję na AWF-ie. A on okazał się filmowcem. Był drugim reżyserem przy „Cała naprzód”. Nazywał się Aleksander Sajkow. To dzięki niemu poznałem Lorentowicza.

– Jak to się stało, że pojechałeś się kształcić do Wrocławia? Z Sandomierza to trochę daleko.

– Fakt, ale byłem wtedy pod wielkim wrażeniem wyczynów legendarnego wrocławskiego akrobaty lotniczego Stanisława Maksymowicza. On robił niebywałe rzeczy. Znana jest historia o tym, jak na początku lat 60. przeleciał samolotem pod mostem Grunwaldzkim na Odrze. Niektórzy do dziś w to powątpiewają. A ja widziałem na własne oczy! Spotkałem go kiedyś na uczelni i zagadnąłem. Dla mnie był prawdziwym idolem, wpatrywałem się w niego, jak w obrazek. Z początku traktował mnie nieufnie, ale w końcu, gdy wspomniałem o tym lataniu pod mostem, rozejrzał się wkoło i spytał czy chciałbym na coś takiego popatrzeć. „No pewnie” – odparłem. Umówiliśmy się następnego dnia, bardzo wczesnym rankiem. To brzmi niewiarygodnie, ale można powiedzieć, że zrobił dla mnie prywatny pokaz. Oczywiście, musiałem mu wcześniej obiecać, że nikomu nie puszczę pary z ust. Inaczej mógłby mieć poważne kłopoty.

– Twój rodzinny dom w Sandomierzu jeszcze stoi?

– Tak, przy Krakowskiej, blisko Wisły.

– Dobrze wspominasz dzieciństwo?

– Różnie bywało. Jako młody chłopak byłem niski, drobny, takie chuchro trochę. Czasem od starszych się oberwało. Potem, gdy warunki fizyczne mi się zmieniły, paru dawnym kolegom się „odwdzięczyłem” (śmiech)… (Rozmawiał Rafał Staszewski)

Więcej w papierowym i elektronicznym wydaniu „TN”.

 

Podziel się:

Komentarze są wyłączone.