Nigdy nie zwątpili. Możesz pomóc!

0

DSC_1417 (Medium)O dramacie, jaki spotkał Katarzynę Zych i jej rodzinę pisaliśmy już dwukrotnie w 2009 i 2010 roku, prosząc Was, czytelników „Tygodnika Nadwiślańskiego”, o pomoc. I wtedy ta pomoc nadeszła, za co w ich imieniu bardzo Wam dziękujemy. Dziś chcemy, żebyście jeszcze raz otworzyli serca i wsparli pana DARIUSZA i jego dzieci w ciężkiej, mozolnej, pełniej poświęcenia walce o odzyskanie żony i mamy, takiej jaką ją pamiętają sprzed choroby – zawsze uśmiechniętej i energicznej.

Państwu Zychom i dwójce ich dzieci – wtedy dziewięcioletniemu Szymonowi i trzynastoletniej Kasi – życie wywróciło się do góry nogami 5 października 2007 roku. Rano, jak co dzień, pani Katarzyna przygotowywała się do wyjścia do pracy. Gdy była w łazience pouczyła się źle.

Powiedziała, że czuje się słabo. Odparłem, żeby się położyła, że najwyżej weźmie urlop i zostanie tego dnia w domu – wspomina pan Dariusz. – Zszedłem na dół. Zrobiłem kawę i zanim zdążyłem ją wypić, córka zawołała, że mama znów jest w łazience i mówi, że będzie wymiotować.

Nie wymiotowała. Dostała drgawek i upadła. Już chwilę później na miejscu była karetka.

Lekarz z intensywnej terapii, który przyjechał na miejsce, od razu powiedział, że to głowa. W karetce, jeszcze na podwórku dostała zastrzyk, który miał opanować drgawki i ją uśpić – mówi nasz rozmówca.

W szpitalu (gdzie na co dzień pracowała jako księgowa), po pierwszych badaniach, usłyszał, że stan żony jest bardzo ciężki, że być może „już z tego nie wyjdzie”. Diagnoza brzmiała przerażająco nawet dla kogoś, kto o medycynie miał raczej blade pojęcie: udar oraz zawał pnia mózgu. Pani Kasia miała wtedy 34 lata.

Lekarze rozkładali ręce. Mówili, że żadna operacja głowy, operacja mózgu nie wchodzi w grę, że nikt się tego nie podejmie – mówi pan Dariusz. – To był dla nas ogromny szok. Dzieci były małe, płakały. Tęskniły za mamusią. W szpitalu spędzały dużo czasu, chociaż tak naprawdę bały się tego miejsca. Wiadomo, szpital, a tym bardziej oddział intensywnej terapii, to nie jest dobre miejsce dla dzieci. Chcieliśmy, żeby jak najszybciej wybudziła się z tej śpiączki i wróciła do domu. No i w końcu to się stało, ale Kasia była w takim stanie, w jakim była. Mama była obok dzieci, ale tak naprawdę, jakby jej nie było.

Pani Kasia była niemal całkowicie sparaliżowana i w zasadzie jest do dziś. Po wybudzeniu z prawie trzymiesięcznej śpiączki rozpoczęła się intensywna rehabilitacja, najpierw w szpitalach w Tarnobrzegu i Rzeszowie, a później w domu.

W szpitalu mówili mi, że muszę kupić specjalne łóżko, pionizator, wózek inwalidzki (dziś pani Kasi potrzebny jest nowy wózek, na zakup którego obecnie jej rodziny nie stać – red.). Musiałem to mieć jeszcze zanim Kasia opuściła szpital, żeby od pierwszego dnia pobytu w domu miała to wszystko, żeby ta rehabilitacja jakoś przebiegała. Z pomocą rodziny, znajomych i kolegów z pracy, jakoś to wszystko zorganizowałem – mówi nasz rozmówca. – Później zamontowałem specjalną windę, żeby bez problemów można było wyjechać wózkiem na podwórko, żeby w lecie nie musiała cały czas siedzieć we domu.

Lekarze nie potrafili i do dziś nie potrafią powiedzieć kiedy i czy w ogóle zmiany, które wywołał nagły atak choroby, się cofną. Wiadomo jedynie tyle, że bez ciągłej rehabilitacji nie będzie na to żadnych szans.

W jej głowie wszystko jest w porządku. Rozumie wszystko, co do niej mówię, pamięta też wszystko, poza pobytem na intensywnej terapii, nawet daty i to nieraz lepiej niż ja. Tylko, że nie może tego powiedzieć, nie może pokazać. Wszystko co jest dalej od głowy, dalej od mózgu, jest jakby zablokowane. Jakby ktoś odpiął kabelki – mówi pan Dariusz spoglądając na siedzącą na wózku inwalidzkim, przy oknie, żonę. – Jeśli chodzi o ruchy, to na początku na pewno było gorzej. Nie jest już karmiona przez żadne urządzenie. Ja ją karmię. Potrafi poruszać prawą ręką. Lewą ani nogami sama nie ruszy. Prawda jest, niestety, taka, że trzeba przy niej zrobić wszystko, jak przy pięciomiesięcznym dziecku.

Bardzo pomocne w tej mozolnej walce o powrót do zdrowia są pobyty w klinice w Krakowie, gdzie przez całą dobę pani Kasia przebywa pod opieką specjalistów. Do tej pory była tam trzy razy. Każdy taki czterotygodniowy pobyt kosztuje 18 tysięcy złotych. Pierwszy raz pobyt w klinice udało się sfinansować dzięki pomocy rodziny i znajomych. W drugim wyjeździe znacznie pomogła Szkoła Podstawowa nr 7 i parafia Chrystusa Dobrego Pasterza, które organizowały akcje charytatywne – „Jesień dla Kasi” i „Wiosnę dla Kasi”. Trzeci raz pobyt w klinice pan Dariusz sfinansował z pieniędzy z odprawy, którą dostał, gdy w ubiegłym roku został zwolniony z pracy. Dziś jest bezrobotny…

Dopóki pracowałem, to wszystko wyglądało inaczej. Zarabiałem jakieś pieniądze, do tego z pracy czasem udało się załatwić jakąś zapomogę. Było łatwiej. Teraz jest ciężko. Kasia ma rentę nieco ponad tysiąc złotych, ja pięćset złotych zasiłku pielęgnacyjnego – mówi pan Dariusz. – Rehabilitacja kosztuje, nawet ta domowa. Płacimy za nią, bo Narodowy Fundusz Zdrowia finansuje tylko jedną godzinę tygodniowo. Cztery razy w tygodniu przychodzą więc prywatni rehabilitanci. Godzina zajęć kosztuje pięćdziesiąt złotych.

Z braku funduszy obecnie nie korzystają z pomocy logopedy, który w przeszłości znacznie przyczynił się do częściowego pokonania poważnych problemów z komunikacją, spowodowanych przez chorobę. Pan Dariusz mówi, że w zasadzie nigdy ani on, ani dzieci mieli chwil zwątpienia, w których przestaliby wierzyć, że Kasia wyzdrowieje, że choroba się cofnie i znów będą żyć tak, jak kiedyś.

Może ona sama miała takie momenty. Ale to nic dziwnego, bo te pięć lat leżenia na łóżku niemal bezwładnie, to pięć lat myślenia o jednym: „dlaczego ja?”. Ostatnio powiedziała mi: „ja chyba na tym łóżku umrę”. Takie myśli przychodzą jej do głowy – mówi nasz rozmówca. – Mamie nieraz śniło się, że Kasia wstała z łóżka i zaczęła coś robić w kuchni, tak po prostu. Mnie też się śni, że ją wołam, a ona za chwilę stoi przy mnie. To są nasze marzenia. Wierzymy, że kiedyś się spełnią. Lekarze mówili, że może pomału to, co rozlało się w głowie, zaschnie, zniknie, że wszystko wróci do normy. A Kasia to był żywy ogień. Była bardzo energiczną osobą, miała sto pomysłów na godzinę. Dla niej nie istniało zdanie „zrobię to jutro”. Zawsze była perfekcjonistką, wszystko wokół niej musiało być na swoim miejscu, dopięte na ostatni guzik. Tak w domu, jak i w pracy. Tak naprawdę dalej taka jest – rano, jak przychodzi czas na śniadanie, a w pokoju jest bałagan, coś nie leży tam gdzie powinno, to najpierw muszę to poprawić, bo inaczej ona nie zje.

Pomóc Katarzynie Zych i jej rodzinie można przekazując jej 1% swojego podatku na konto Fundacji „Ciepło i Serce” KRS NR. 0000271640, z dopiskiem „Dla Kasi Zych” (numer konta fundacji 98 9434 002 2001 1000 0560 001, Bank Spółdzielczy w Tarnobrzegu) lub wpłacając pieniądze bezpośrednio na jej konto: PKO BP SA ul. Sienkiewicza 55. nr konta: 84 1020 4913 0000 9102 0021 1714, z dopiskiem „Kasia”.

Share.

Comments are closed.