Zamach na ciszę

1

Czuję się „wywołany do tablicy” medialną i internetową burzą, jaką wywołały artykuły Rafała Nieckarza „Czas motorówek” („TN” nr 8 z 19 lutego) i „Zamach na ciszę” („TN” nr 10 z 5 marca). To właśnie ja w tym pierwszy tekście udzieliłem wypowiedzi autorowi, opowiadając się za dopuszczeniem, pod pewnymi warunkami wszakże, ruchu motorówek i skuterów na Jeziorze Tarnobrzeskim.

Moją pasją jest żeglarstwo – wiatr w żaglach i płynięcie z wiatrem bez warkotu silnika. To oczywiste, że taka forma żeglowania jest czystą przyjemnością i to nie podlega żadnej dyskusji. Nie oznacza to jednak, że nie rozumiem i nie cenię osób uprawiających inne sporty wodne – także te związane z silnikami, jak narty wodne, kiteboarding czy wakeboarding. Czy będzie można uprawiać te sporty na Jeziorze Tarnobrzeskim?

Jako przedstawiciel środowiska wodniackiego zostałem zapytany telefonicznie, co sądzę o wpuszczeniu motorówek na nasze jezioro. Wyraziłem w artykule „TN” swoją opinię. No i się zaczęło. Lawina krytyki, a nawet pomówień. Tydzień później przeczytałem w kolejnym wydaniu pisma opinie zarówno internautów jak i samorządowców. Szkoda, że nie samych zainteresowanych (o ile takowi w ogóle są) oraz przedstawicieli innych środowisk wodnych (wędkarzy, żeglarzy, kajakarzy, płetwonurków, służb porządkowych (MOSiR) czy bezpieczeństwa (WOPR, policja).

I  czegóż  się  dowiedziałem?  Już  na  pierwszy  rzut  oka  widać,  że panowie politycznie okładają się, używając argumentów co najmniej niedotyczących sprawy. Bo jak można nazwać argumenty o wpływie silników na wielkość ryb czy paliwie ekologicznym za racjonalny? Przeczytałem też o grupach interesów, które miałyby wywierać wpływy na władze miasta, a nawet na mnie i to począwszy od czasów, w których jezioro nie było jeszcze powszechnie dostępne.

Oświadczam, że od zawsze celem moich działań żeglarskich, kulturalnych i innych nad jeziorem, była jego promocja. Ale może zacznę od historii. Do udziału w dyskusji na temat dopuszczenia używania silników spalinowych upoważnił mnie fakt, że całe życie związany jestem z żeglarstwem. Od lat z nadzieją spoglądałem na zalewaną kopalnię i brałem udział w pracach nad udostępnieniem zalewu do użytkowania rekreacyjnego.

Wiosną 2010 roku, po decyzji prezydenta Jana Dziubińskiego i na mocy porozumienia z Kopalnią Siarki „Machów” powstała po raz pierwszy szansa udostępnienia zalewu dla mieszkańców miasta. Zostałem zaproszony do zespołu działającego przy Ośrodku Sportu i Rekreacji (dziś MOSiR), w skład którego weszli: Józef Salik – prezes WOPR, Grzegorz Skowron – prezes TKKF i Adam Strumiński – przedstawiciel OSiR.

To ten zespół opracował pierwszą koncepcję i warunki udostępnienia jeziora. Jednym z warunków był zakaz pływania z silnikami spalinowymi. Podyktowane było to szeregiem przyczyn, m.in. brakiem miejsc do slipowania i cumowania łodzi, zakazem dopływania do innych niż wyznaczone części nabrzeża, czy dość ograniczoną plażą w tym okresie. Nie bez znaczenia był fakt, że byliśmy po tragicznych doświadczeniach z zalewu Chańcza (śmiertelny wypadek z udziałem łodzi motorowej – przyp. red.) i obawialiśmy się też braku doświadczenia służb porządkowych i ratowniczych, przed którymi stało i tak ogromne wyzwanie.

Dzisiaj do dyspozycji wszystkich jest już całe jezioro – długa linia brzegowa, przygotowane służby ratownicze i porządkowe oraz doświadczenie paru sezonów. Wpuszczenie silników spalinowych na nasze jezioro to nie tylko tak  wzbudzające  obawy  (i  słusznie)  mocne  motorówki  i  szalejące skutery, ale także jachty z silnikami, pontony i łódki wędkarzy, łodzie spacerowe wożące turystów, możliwość robienia kursów motorowych czy uprawiania sportów motorowodnych.

Aby można było w ogóle myśleć o dopuszczeniu motorowodniaków, musimy spełnić szereg warunków, m.in. wyznaczenia dogodnych slipów,  wytyczenia  miejsc  do  plażowania,  gdzie  można  dopłynąć motorówką czy skuterem, umożliwienie dopływania do innych miejsc poprzez  wybudowanie  pomostów  czy  niewielkich  kei,  czy  wreszcie określenie  warunków  poprzez  wyznaczenie  ograniczeń  czasowych, w jakich można pływać „na silnikach”.

Najważniejszym warunkiem jest, by bezwzględnie pilnować przestrzegania przepisów. Pływanie co najmniej 200 m od kąpielisk, 50 m od boi czy łódek stojących na boi, dopływanie i odpływanie od brzegu czy pomostu na niskich obrotach. Ogromna i decydująca o porządku byłaby tu rola policji.

Wzywam do odważnej dyskusji na argumenty „za” i „przeciw”. Dziś większość głosów jest zdecydowanie za utrzymaniem obecnego zakazu, choć niektóre kompletnie do mnie nie trafiają. Nie trafia do mnie argument związany z hałasem – ten dla plażowiczów jest z pewnością bardziej  dotkliwy  z  kierunku  Wisłostrady.  Od  strony  przemysłowej Machowa nie ma też parku krajobrazowego, lecz strefa przemysłowa z kominami w tle. Czy czystość wody (i jej zamulenie), bo i z takim zarzutem się spotkałem, jest naprawdę zagrożona? Nie, a na pewno nie w istotny sposób.

Przypomnę tylko, że każdej wiosny możemy wymienić metr słupa wody, wpuszczając w procesie technologicznym czystą wodę z Wisły. A zamulenie? Nie ma nic wspólnego z silnikami, których śruby napędowe obracają się w wodzie przecież nie na dnie jeziora.

Na koniec chciałbym dodać, że wszystko, co powyżej napisałem, to moje osobiste przemyślenia. Nie jestem stroną w sporze o utrzymanie, bądź zniesienie strefy ciszy na jeziorze. Nikt (poza red. Nieckarzem) mnie o zdanie w tej sprawie nie pytał. Sądzę jednak, że w interesie obecnych  władz  miasta  byłoby  zasięganie  opinii  zainteresowanych środowisk co do istoty podejmowanych decyzji.

TADEUSZ GOSPODARCZYK

Share.

1 komentarz

  1. Dla żeglarza o tyle jest problematyczne wpuszczenie na jezioro motorówek i skuterów że zrobi się ciasno. To nie jest duże jezioro, czasem na wodzie jest kilkanaście żaglówek, windsurferów, kitesurferów no i dołóżcie do tego kilka czy kilkanaście szybkich skuterów i motorówek i mamy zabawę. Jeśli do tego doprowadzicie będzie to dla sygnał że tzreba poszukać innego, cichego i mniej zatłoczonego miejsca.