Artykuły sponsorowane

Zamknij

Dodaj komentarz

Lniane ściereczki zamiast ręczników papierowych

Artykuł sponsorowany 09:19, 24.06.2026
Skomentuj Lniane ściereczki zamiast ręczników papierowych

Rolka ręcznika papierowego schodziła u mnie w kuchni w trzy, cztery dni. Rozlane mleko, mokre ręce, blat po krojeniu pomidorów, miska kota. Papier, papier i jeszcze raz papier. Aż kiedyś stanęłam nad koszem wypchanym zmiętymi płatami i pomyślałam o babci. Babcia żadnej rolki nie miała, a kuchnię trzymała czystą jak łza.

Tak się u mnie zaczęło. Najpierw z ciekawości, potem z przyzwyczajenia. Dzisiaj na haczyku przy zlewie wisi kilka lnianych ściereczek i papier kupuję góra raz na dwa miesiące. Opowiem, co się sprawdziło, a co nie, bo nie wszystko jest tak różowe, jak piszą eko-blogi.

Jeden zwykły dzień i pełen kosz papieru

Policzyłam to sobie któregoś wieczoru. Śniadanie: wytrzeć blat, osuszyć umyte truskawki, złapać gorący garnek. Obiad to samo, plus rozlany sos. Do tego dwa razy ręce, raz podłoga po kocie. Wychodziło dziesięć, dwanaście płatów dziennie, czasem więcej.

Mąż śmiał się, że robię z igły widły. No to zrobiłam prosty test. Odstawiłam rolkę na tydzień na pawlacz i wisiały tylko ściereczki. Okazało się, że dziewięć na dziesięć tych sytuacji len załatwia bez problemu. Rolka wróciła, ale teraz służy do jednej, jedynej rzeczy, o której za chwilę.

Co len wyciera lepiej, a gdzie się poddaje

Zacznę od tego, co mnie zaskoczyło. Len pije wodę szybciej niż papier. Mokry blat, kałuża po szklance, umyta sałata w durszlaku, suche ręce po dwóch ruchach. Włókno lnu jest z natury chłonne, a do tego szybko schnie i nie zostawia smug. Bawełniana ścierka po kilku użyciach robi się ciężka i mokra. Lniana odda wodę i znów jest gotowa.

Druga rzecz to szkło i lustra. Tu len bije papier na głowę. Po umyciu kieliszków przecieram je suchą lnianą ściereczką i nie zostaje ani jedno włókienko, ani jedna smuga. Babcia nazywała taką ścierkę „do połysku" i miała rację.

Teraz uczciwie, gdzie papier zostaje u mnie na stałe. Tłuszcz z patelni, smalec, rozbita surowa pierś z kurczaka. Tego nie chcę prać razem z resztą i tego nie wrzucę do pralki z lekkim sercem. Do takich rzeczy trzymam tę jedną rolkę. Reszta kuchni jest lniana i tyle.

Ile tego papieru naprawdę schodzi

Nie będę rzucać wymyślonymi liczbami, bo nie znoszę, kiedy ktoś tak robi. Powiem po swojemu. Wcześniej kupowałam ręcznik papierowy przy prawie każdych większych zakupach. Teraz jedno opakowanie leży miesiącami i czeka na te tłuste sytuacje.

To się składa na dwie rzeczy naraz. Mniej wydaję, bo ścierka kosztuje raz, a potem już tylko pierze się przy okazji innych rzeczy. I mniej wyrzucam, bo kosz nie puchnie od zmiętego papieru. Dla mnie liczyła się głównie ta druga sprawa. Trudno patrzeć na pełen worek śmieci, kiedy wiesz, że połowa to coś, co zaraz wyląduje na wysypisku, choć mogło wisieć na haczyku i służyć dalej.

Czego szukać, kiedy kupujesz pierwsze sztuki

Pierwsze ściereczki kupiłam przypadkowe, cienkie, kupione bo akurat były pod ręką. Rozczarowanie. Robiły się sztywne, źle pachniały po wyschnięciu, jedna po miesiącu zaczęła się pruć na brzegu. Druga partia była już przemyślana i to ona wisi do dziś.

Na co patrzę teraz? Najpierw na sam len. Dobre ściereczki lniane szyte z lnu stonewashed, czyli zmiękczanego w praniu kamieniem, są miękkie od pierwszego dnia i nie trzeba ich rozchodzić. Potem brzegi, bo właśnie tam najpierw się sypie. Porządne podwinięcie albo listwa trzymają tkaninę i nic się nie pruje, nawet po dziesiątkach prań. No i pochodzenie. Len szyty w Polsce, z certyfikatem OEKO-TEX, daje mi spokój, bo tą samą ścierką wycieram naczynia i ręce dziecka.

Jeszcze jedno. Warto mieć ich kilka, nie jedną. U mnie pracuje system kolorów: jasne do naczyń i szkła, ciemniejsze do blatów i podłogi. Dzięki temu nie mieszam funkcji i żadna ścierka nie ląduje tam, gdzie nie powinna.

Pranie, czyli cały sekret trwałości

Tu odpada największy strach, który słyszę od znajomych. „Przecież to ciągłe pranie, więcej zachodu niż pożytku". Nieprawda. Lniane ściereczki dorzucam do prania, które i tak robię. Ręczniki, ścierki, pościel. Sześćdziesiąt stopni len znosi spokojnie, a wyższa temperatura akurat tu jest plusem, bo dezynfekuje.

Bez płynu do zmiękczania, to ważne. Zmiękczacz zatyka włókno i ścierka traci to, za co ją lubię, czyli chłonność. Len i tak mięknie sam, z każdym kolejnym praniem coraz bardziej. Moje najstarsze sztuki mają już ze dwa lata i są przyjemniejsze w dotyku niż w dniu, w którym przyszły. To akurat cała natura lnu. Im dłużej go masz, tym lepszy się robi.

Suszę je na zwykłym suszarku albo na haczyku przy oknie. Schną szybko, bo len nie trzyma wody tak jak gruba bawełna. Prasowania nie ma. Po co prasować ścierkę, którą za chwilę zmoczę.

Po roku z lnem w kuchni nie wróciłabym do rolki na każdą okazję. Nie z powodu wielkiej idei, tylko dlatego, że tak jest po prostu wygodniej i taniej. Kosz lżejszy, szuflada pełniejsza, a kieliszki bez jednej smugi. Babcia by się uśmiechnęła.

(Artykuł sponsorowany)
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu tyna.info.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%