Urodziny trenera Siarki Tarnobrzeg. "Walczyłem przeciwko Beckhamowi" [wywiad] - Tygodnik Nadwiślański
wtorek, 18 stycznia
reklama

Urodziny trenera Siarki Tarnobrzeg. „Walczyłem przeciwko Beckhamowi” [wywiad]

0

Dziś swoje 53. urodziny obchodzi trener Siarki Tarnobrzeg Sławomir Majak. Z tej okazji publikujemy rozmowę, która ukazała się na łamach „Tygodnika Nadwiślańskiego” 14 stycznia 2021 roku.

Szkoleniowiec „Siarkowców” opowiedział nam wówczas m.in. o swoich początkach z piłką, grze w Polsce i zagranicą, przeżyciach związanych z występami w reprezentacji Polski oraz w Lidze Mistrzów, a także o jego podejściu do trenerskiego fachu. Zapraszamy do lektury!

– Rozpoczynał Pan przygodę z futbolem w Starcie Gidle. Pamięta Pan swoje piłkarskie początki?

– Gidle to moja rodzinna miejscowość, tam się wychowałem. Gdy zaczynałem grę w piłkę, miejscowy Start był zespołem A-klasowym. Tak jest do tej pory. Jak każdy młody chłopak, biegałem po polach, łąkach. Ktoś dostrzegł moją dobrą grę i „popchnął” dalej. Tak to zaczęło się powoli toczyć.

– Od początku był Pan napastnikiem?

– Nie, najpierw byłem bramkarzem. Z perspektywy czasu uważam, że zrobiłbym porównywalną karierę na obu pozycjach, ale gdzieś w pewnym momencie zaważyła mobilność i strzelanie bramek. Bramkarz jest jak saper, raz się uda, a raz nie. Z kolei napastnik może mieć kilka okazji do zdobycia goli i nawet jeśli wykorzysta tylko jedną, i tak zostanie piłkarzem meczu.

– Trafił Pan do RKS-u Radomsko, a później do najwyższej ligi, najpierw do ŁKS-u Łódź, a potem Igloopolu Dębica. Traktował Pan to wtedy jak przeskakiwanie kolejnych szczebli czy też smakowanie wielkiej piłki?

– To był dla mnie ogromy przeskok, ponieważ przechodziłem z Radomska, z czwartej ligi do ówczesnej pierwszej ligi, czyli obecnej ekstraklasy. Przeskok prywatny, ponieważ musiałem wyprowadzić się z domu, spod opieki rodziców i wyjechać do wielkiego miasta, gdzie trzeba było się usamodzielnić. Na pewno pierwsze miesiące były trudne. Dotyczyło to również treningów, ich poziomu trudności i metodyki. Odbywały się one pod batutą Leszka Jezierskiego, który słynął z prowadzenia zajęć „twardą ręką”. Z każdej lekcji trzeba wyciągać jak najwięcej. Tak było w moim przypadku jeśli chodzi o pobyt w ŁKS-ie, choć nie byłem do końca spełniony jako piłkarz. W Łodzi zagrałem pierwszy raz w najwyższej lidze i była to wykładnia tego, co potem osiągnąłem w następnych klubach.

– Na początku swojej kariery odbył Pan dwukrotnie zagraniczne „mariaże”. Były one jednak bardzo krótkie.

– Do odejścia z Igloopolu Dębica zmusiła mnie sytuacja finansowa klubu, a ja już miałem żonę, małe dziecko. Udało mi się dzięki pomocy Jerzego Kopy i mojego przyjaciela Stanisława Baczyńskiego wyjechać na kilka miesięcy do Szwecji. Grałem w trzecioligowym Köping FF. Fajne doświadczenie, zupełnie inny kraj, inna kultura i system treningu. Mogłem tam zostać, ale stwierdziliśmy z żoną, że lepiej będzie jak wrócimy do kraju. Natomiast drugi z tych wyjazdów był do Hannoveru. Był to mój jedyny w życiu błąd jeśli chodzi o wybór klubu. Pociągnęło mnie to, że drużyna grała w drugiej Bundeslidze, klub z tradycjami, dobre miejsce do rozwoju. Niestety, tu również miałem pecha, gdyż Hannover miał problemy finansowe, nie wszystko funkcjonowało tak, jak powinno i w konsekwencji byłem tam bardzo krótko.

– Pomiędzy Szwecją a Niemcami było Zagłębie Lubin. To miejsce jest jednym z tych, gdzie wspominają Pana jako legendę. Co Pan najbardziej pamięta z okresu gry dla Zagłębia i dlaczego jest to mecz z Milanem w Pucharze UEFA?

– Jeżeli chodzi o sam klub, to na pewno bardzo miło wspominam ten sezon, w którym biłem się o koronę króla strzelców i mam tu pretensje do siebie, bo mogłem ją spokojnie zdobyć. Niestety, w kilku meczach nie wykorzystałem sytuacji i brakło mi jednej bramki. Natomiast, tak jak Pan powiedział, jeśli ma się możliwość grania przeciwko zespołowi, który w tamtym okresie był praktycznie najlepszy na świecie, zdobywał seryjnie wszystkie trofea, a także uścisnąć dłonie wielkich piłkarzy, to jest to wielkim zaszczytem. Zdawaliśmy sobie sprawę, że występowaliśmy w roli totalnego „kopciuszka” i te wyniki były najniższym wymiarem kary (Milan  wygrał z Zagłębiem 4:0 i 4:1 – przyp. red), ale dla nas było to ogromne przeżycie i myślę, że każdy z moich kolegów bardzo miło to wspomina.

– W tym okresie zadebiutował Pan w reprezentacji Polski meczem z Azerbejdżanem w eliminacjach ME. Dla każdego piłkarza to wielki moment, zagrać z orzełkiem na piersi. Jak Pan to przeżywał?

– Dla mnie też to było wielkie przeżycie. Bez względu na to, jak podchodziliśmy do tego meczu, ponieważ było to spotkanie na otarcie łez, nie mieliśmy już szans na wyjście z grupy. Grali jedynie zawodnicy z polskiej ligi, w tym moja osoba. Niemniej jednak zagrać w pierwszej jedenastce, usłyszeć hymn Polski z murawy, to były wielkie emocje.

– Rozegrał Pan w narodowych barwach 22 spotkania. Gra w kadrze to wiele sytuacji, anegdot mniej lub bardziej znanych. Czy są jakieś momenty, które szczególnie utkwiły Panu w głowie?

– Myślę, że jak sobie ktoś przeczyta książkę Tomka Hajty, to resztę będzie sobie mógł dopowiedzieć (śmiech). Tak poważnie, to każde zgrupowanie, mniej lub bardziej ważny mecz, pozostawiają sporo  wspomnień. Dla mnie takim spotkaniem, które było szczególne, choć przegrane, był mecz z Anglią w Chorzowie. Miałem możliwość grania na jednej stronie przeciwko Davidowi Beckhamowi. Ogromne przeżycie i cenna pamiątka na stare lata. Dołączyłbym jeszcze rywalizację przeciwko Włochom w Neapolu. Szkoda tylko, że moja przygoda z kadrą Polski nie została uwieńczona wielką imprezą.

– Wielką imprezą reprezentacyjną nie, ale zagrał Pan w Lidze Mistrzów z Widzewem Łódź. Było to spełnienie dziecięcych marzeń?

– Jakby ktoś mi powiedział, gdy miałem 10 lat, że zagram w ówczesnym Pucharze Europy, później Lidze Mistrzów, to bym z pewnością w to nie uwierzył. Nie mam może tych występów tyle, co Robert Lewandowski (śmiech), ale jest ich sześć i bardzo się z nich cieszę. Tym bardziej że gdy się występuje w polskiej lidze, zagranie w Lidze Mistrzów to nie lada wyczyn. Zagrał tam Widzew Łódź, potem Legia Warszawa i mieliśmy 20 lat przerwy do kolejnego awansu stołecznego klubu, co pokazuje jak trudno nam wejść na piłkarskie  salony. Gra w reprezentacji, Lidze Mistrzów czy też Bundeslidze jest spełnieniem dla zawodnika, tak samo było w moim przypadku.

– W temacie Bundesligi, przeszedł Pan z Widzewa do Hansy Rostock. Pamięta Pan tę szczególną bramkę w sezonie 1998/99 przeciwko Bochum, która pozwoliła utrzymać drużynę w lidze?

– Gra w Hansie Rostock była moją trzecią próbą wyjechania na Zachód i zaistnienia. Była ona bardzo udana. Przy wyborze klubu pierwsze skrzypce grał Andrzej Grajewski. Gdy klamka zapadła, miałem obawy, ponieważ Hansa była postrzegana nie jako potentat finansowy, a raczej zespół, który zawsze gra o utrzymanie. Po przyjściu tam, w jednym z wywiadów dziennikarz zapytał mnie, czego oczekuję po grze w Rostocku. Ja niewiele myśląc powiedziałem, że w kolejnym sezonie będziemy grać w Pucharze UEFA. Wszyscy popatrzyli na mnie z politowaniem. Ostatecznie zabrakło nam jednego punktu, by moje słowa się spełniły. Mój pierwszy sezon w Rostocku był bardzo dobry. Kolejny, gdzie mieliśmy jeszcze większe aspiracje, nie był już tak udany, do końca walczyliśmy o utrzymanie. W ostatniej akcji sezonu udało nam się zdobyć bramkę na wagę pozostania w lidze. Niesamowite przeżycie strzelić tak ważnego gola, po którym jest się na ustach wszystkich kibiców. Nie ukrywam, że ta bramka pozwoliła mi stać się pewną ikoną w Rostocku. Do tej pory utrzymuję kontakt z osobami z byłego i obecnego zarządu. Często jestem zapraszany na imprezy czy też mecze oldboyów.

– Następnie przeniósł się Pan na Cypr, gdzie grał Pan dla Anorthosisosu Famagusta. Stanowił Pan, razem z Wojciechem Kowalczykiem i Radosławem Michalskimo sile tego zespołu.

– Mieliśmy ten plus, że w sztabie szkoleniowym byli również Polacy, w tym śp. trener Janusz Wójcik. Później do kadry dołączyli kolejni rodacy, także w tym klubie przewinęło się nas sporo. Byliśmy takimi prekursorami ściągania na wyspę zawodników z dobrą przeszłością. Było to wówczas szokiem, że klub był w stanie sprowadzić takich piłkarzy. Ciekawa przygoda, gdzie poznałem nową kulturę, graliśmy często w ekstremalnych temperaturach. Dwukrotnie zdobyliśmy wtedy Puchar Cypru, zabrakło jedynie kropki nad „i” w postaci mistrzostwa kraju, lecz byliśmy wicemistrzami.

– Który z trenerów w Pana karierze był dla Pana największym autorytetem. Może właśnie wspomniany przez Pana słynny „Wujo”?

– Każdy z nich miał swoje plusy i minusy. Co do Janusza Wójcika, każdy, kto interesuje się piłką nożną wie,  jaką był on osobą. To był bardziej motywator niż taktyk. Potrafił zmotywować każdego zawodnika i wydobyć z niego to, co miał najlepsze. Franciszek Smuda miał podobny styl pracy: cięższe treningi, bardzo intensywne, taktyka była mniej ważna, choć wszystko zależało od tego, jakich zawodników miał do dyspozycji. W początkach mojej piłkarskiej kariery szczególną rolę odegrał trener Marian Kiełbik, który poświęcał mi masę czasu. Uczyłem się wtedy i nie mogłem brać udziału w treningach całego zespołu RKS-u Radomsko. Dlatego miałem zajęcia indywidualne, z których wyciągnąłem bardzo wiele. Sporo także nauczyłem się od trenerów w Szwecji oraz Niemczech, którzy mieli zupełnie inne podejście niż myślano. Straszono mnie wówczas, że pojadę tam i będę harował, biegał. Proszę mi wierzyć, że w okresach przygotowawczych większość czasu spędzaliśmy z piłką.

– Czy jest coś w Pana karierze piłkarskiej, czego Pan żałuje?

– Gdybym miał w głowie to, co mam teraz, pewnych decyzji z pewnością bym nie podejmował. Patrząc jednak z perspektywy czasu, uważam, że nie mam czego żałować. Myślę, że mogłem osiągnąć dużo więcej, ale mogłem i mniej. W historii polskiej piłki również moje nazwisko gdzieś zostało „odbite” i każdemu życzę, by mógł to samo osiągnąć.

– Swoją wielką przygodę z piłką rozpoczął i zakończył Pan w RKS-ie Radomsko. Ten klub jest również jako pierwszy na liście tych, które poprowadził Pan jako trener. Zawsze chciał Pan zostać szkoleniowcem?

– Widziałem siebie tylko w tym fachu. Nie za bardzo czuję, bym mógł pełnić funkcję dyrektora sportowego czy prezesa klubu. Moje doświadczenie pewnie by mi w tym pomogło, ale adrenalina związana z tym, co się dzieje przy ławce pociąga mnie bardziej ku trenowaniu piłkarzy.

– Jako szkoleniowiec na co kładzie Pan szczególny nacisk?

– Piłkarz musi umieć i chcieć biegać, bez tej cechy nic nie osiągnie. Jeżeli nie będzie wydolny, to nie będzie bazy do poprawy innych aspektów związanych z uprawianiem tej dyscypliny. Przykładam do tego ogromną wagę i uważam, że zespoły, które prowadziłem, zawsze były dobrze przygotowane do sezonu.

– W piłkarskim CV ma Pan wiele klubów, ale lista tych, w których pracował Pan jako trener, jest jeszcze dłuższa. Gdy został Pan ogłoszony szkoleniowcem Siarki Tarnobrzeg, kibice wyrazili obawy w związku z tym.

– Chciałbym zakończyć ten temat. Trzeba dokładniej skupić się na tych klubach, które prowadziłem. Czasami bywało to trzy lub pięć spotkań, gdzie ktoś mnie poprosił o pomoc, bądź też w danym klubie był zwolniony trener, a ja pełniąc w nim inną funkcję, przejmowałem tymczasowo rolę szkoleniowca. Jeśli to dokładniej przeanalizujemy, to zupełnie inaczej to wygląda, niż wydaje się pod względem samej liczby klubów w ciągu tych 15 lat. Podam przykład Finishparkietu, który wprowadziłem do 2 ligi, ale klub nie uzyskał licencji. Lub też Orlicz Suchedniów, który na półmetku był liderem, ale wycofał się sponsor. Prowadzenie każdego  zespołu to kolejne doświadczenie, którego my Trenerzy potrzebujemy, czy będziemy pracować na poziomie trzeciej ligi, czy też Ekstraklasy.

– Jakie były kulisy zakontraktowania Pana w Siarce Tarnobrzeg?

– Ktoś musi wykonać telefon, a ktoś inny go odebrać. Również tak było w moim przypadku. Zadzwonił do  mnie prezes Dariusz Dziedzic, wyrażając zainteresowanie moją osobą. Oczywiście byli również inni kandydaci, gdyż przeprowadzany jest w takich przypadkach pewien casting. Zaproszono mnie na rozmowy. Dogadaliśmy się bardzo szybko, nie tylko w kwestii długości i wymiaru mojej umowy, ale przede wszystkim tego, jak będziemy współpracować. Nasze wizje się pokrywały i doszliśmy do porozumienia. Są tu obiekty, gdzie można trenować. Nie musimy szukać zawodników po całej Polsce, lecz możemy otoczyć się zawodnikami z okolic. Jest dobry skauting, by wyłapywać „narybek” do Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Oczywiście na wszystko potrzeba czasu, ale uważam, że plan działania jest realny i pierwsze kroki zostały poczynione.

– Jaka jest wizja Siarki Tarnobrzeg Sławomira Majaka?

– Pierwsze dwa miesiące będą służyły temu, bym mógł poznać zawodników i wypracować pewien model gry, choć nie jest to najważniejsze. Najbliższe pół roku będzie „przeglądem wojsk”, gdzie wiadomo, że nie „grozi” nam ani awans, ani spadek. Będzie to czas na testowanie zawodników, by sprawdzić, kto będzie się nadawał, by pozostać na kolejny sezon. Nie chciałbym jednak, by zostało to odebrane tak, że szykujemy  jakąś rewolucję, bo tak na pewno nie będzie. Nie ściągniemy nagle 15 zawodników. Stanie się to tylko w przypadku tych pozycji, gdzie będzie to potrzebne, by podnieść poziom oraz pobudzić rywalizację. Mój osobisty cel jest taki, by zakończyć ten sezon jak najwyżej. Jeżeli po tych 20 kolejkach znajdziemy się na 3. miejscu, to będzie świetny wynik, ale jeśli będzie 5. pozycja, to również będę zadowolony. Miejsca 3-5 są  absolutnie do zrealizowania. Natomiast w przyszłym sezonie, jeśli ściągniemy dwóch, trzech piłkarzy, ustabilizujemy kadrę sportowo i personalnie, to myślę, że będziemy zespołem, który będzie chciał włączyć się do walki o awans. Aczkolwiek ta grupa zapowiada jako bardzo trudna, niezależnie od tego, kto w tym sezonie awansuje. Nie będziemy głównym faworytem, ale przynajmniej jednym z trzech.

– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał KAMIL ROBUTA

Zostaw odpowiedź