W Hollywood powstał o nich film [TN na kwarantannę]

0

Tekst publikowany jest w ramach akcji “TN na kwarantannę”. Artykuł pochodzi z 15 czerwca 2017 r., nr 24

Pamiętacie „Wielką ucieczkę”? Wojenną superprodukcję z gwiazdorską obsadą rozpoczyna skomponowany przez Elmera Bernsteina charakterystyczny marszowy motyw, z gatunku tych, które raz usłyszane, na zawsze zapadają w pamięć. Potem przez trzy godziny śledzić można widowiskowe kino opowiadające o tym, co wydarzyło się w najbardziej znanym obozie jenieckim II wojny światowej. Jednym z głównych bohaterów ukazanych w filmie wydarzeń był oficer rodem ze Świętokrzyskiego.

Wojskowi przebywający w obozach jenieckich uważali za swój honorowy obowiązek podejmować próby ucieczki. Było to nie tylko kwestią zasad. Chodziło również o to, by sprawiać jak najwięcej problemów załodze. Rozumowano w ten sposób: jeśli wróg zmuszony będzie zaangażować większe siły do pilnowania jeńców, to, teoretycznie przynajmniej, paru żołnierzy mniej wyśle na front.

Uciekali alianci, uciekali i Niemcy. Jedną z najbardziej spektakularnych prób wydostania się za obozowe druty podjęli w marcu 1945 roku hitlerowscy oficerowie przetrzymywani w oflagu na brytyjskiej wyspie Island Farm, którzy nocą, tunelem, wydostali się na wolność. By zmylić psy pościgowe, przy otworze wyjściowym tunelu rozsypali curry, co skutecznie zdezorientowało zwierzęta.

Zdarzali się prawdziwi mistrzowie ucieczek, którzy byli utrapieniem obozowych załóg. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie zgromadzono ich tylu w jednym miejscu. W Stalagu Luft III na terenie Żagania.

NAZISTOWSKIE „ALCATRAZ”

Dziś Żagań leży w województwie lubuskim, 40 km od granicy z Niemcami, ale na półmetku wojny było to miasteczko w głębi Rzeszy. Ten fakt miał kluczowe znaczenie z punktu widzenia lokalizacji obozu jenieckiego. Skutecznie minimalizował szanse powodzenia każdej ucieczki. Wydostanie się za linię drutów nie było nawet połową sukcesu. Wtedy dopiero zbieg musiał stawić czoła prawdziwym trudnościom. Gdzie pójść, skoro do najbliższego neutralnego kraju – Szwajcarii – było 625 km, a do wybrzeża Bałtyku prawie 300?

Na tym nie koniec. Podlegający dowództwu niemieckich wojsk lotniczych Stalag Luft III, przeznaczony dla lotników sił alianckich różnych stopni (nie tylko dla oficerów), był obozem, w którym wprowadzono szereg najbardziej wymyślnych rozwiązań, mających pokrzyżować każdy, nawet najgenialniejszy, plan ucieczki.

Gdy jeńcy planowali zbiec większą grupą, zazwyczaj wcześniej wysyłano kogoś na rozpoznanie terenu. Taki ktoś wymykał się z obozu na ogół w pojedynkę. Jego zadaniem było zlustrować okolicę tak, by właściwa grupa uciekinierów nie szła w ciemno, lecz miała wiedzę o tym, co może ją czekać za ogrodzeniem. Ten, kto robił rekonesans, po zebraniu potrzebnych informacji, dawał się złapać, wracał do baraku i zdawał kolegom relację o tym, co widział. Oczywiście odsiedziawszy wpierw parę dni w karcerze.

W Żaganiu przyobozowy zwiad na niewiele się zdawał, bo dookoła były głównie lasy, a pierwsze ludzkie siedziby znajdowały się daleko. W bezpośrednie sąsiedztwo stalagu dostępu nie mieli nawet Niemcy. Piaszczysta gleba, na której zlokalizowano obóz, miała uniemożliwić kopanie tuneli. Sypki, żółty piasek był widoczny wszędzie, a drążone w nim korytarze nagminnie się zapadały.

Kompleks baraków otaczało podwójne, wysokie na 2,5 m ogrodzenie z drutu kolczastego. 10 metrów przed nim rozciągnięta była druciana „opaska” – linia, której jeńcy nie mogli przekraczać. Co 100 metrów stały wieże strażnicze z elektrycznymi reflektorami i karabinami maszynowymi. Na wieży zawsze był wartownik, który strzelał do jeńca w przypadku naruszenia zakazanych stref. Teren wokół obozu został oczyszczony z drzew i krzewów.

Baraki stały na niewysokich słupkach. Między podłogą a ziemią pozostawała pusta przestrzeń. Rzecz jasna utrudniało to zrobienie podkopu z wnętrza budynku. Jakby tego było mało, strażnicy co pewien czas mierzyli lukę pod każdym z baraków, by sprawdzić, czy się nie zmniejsza. Mogłoby to świadczyć o tym, że ziemi przybywa, czyli najpewniej ktoś drąży tunel i próbuje pozbyć się urobku.

Stanisław Król, rodem z Kielecczyzny, był jednym z uczestników słynnej „wielkiej ucieczki”.

Charles Bronson w filmie „Wielka ucieczka” wykreował postać, której pierwowzorem był prawdopodobnie por. Stanisław Król.

Przypieczętowaniem systemu zabezpieczeń były zainstalowane przez Niemców mikrofony, mające w założeniu wyłowić każdy szmer mogący świadczyć o prowadzonych pod ziemią robotach.

„HARRY”

A jednak, mimo wszystko, przemyślność jeńców i ich doświadczenie wynikające z faktu, że do Żagania sprowadzono w pierwszej kolejności tych, którzy mieli na koncie niejedną próbę ucieczki, i dla których obóz ten miał być swego rodzaju placówką karną, wzięła górę.

W marcu 1943 roku na terenie Sektora Północnego Stalagu Luft III zawiązał się Komitet X, na czele którego stanął major Roger J. Bushell. Zadaniem komitetu było przygotowanie i przeprowadzenie masowej ucieczki jeńców. Rozpoczęto przygotowania obejmujące między innymi równoczesne kopanie trzech tuneli, które nazwano „Tom”, „Dick” i „Harry”.

Jednym z ważniejszych i najtrudniejszych zadań było przygotowanie, wykonanie i zamaskowanie wejść do tuneli. Tunel „Tom” rozpoczynał się w izbie mieszkalnej baraku 123 i miał wejście w podstawie komina. „Dick” miał wejście w studzience kanalizacyjnej umywalni baraku 122. Te dwa tunele miały być budowane w kierunku zachodnim.

„Harry” rozpoczynał się pod piecem izby mieszkalnej baraku 104 i przebiegać miał w kierunku północnym. Po przebiciu się przez warstwy betonu i cegieł rozpoczęto wykonywanie szybów. Szalowano je deskami z prycz, z których również konstruowano drabiny. Pod szybem wejściowym powstały trzy pomieszczenia, które służyły jako zaplecze tunelu. Tam znajdowała się pompa do tłoczenia powietrza, magazyn wydobytego piasku i worków do jego wynoszenia oraz warsztat z narzędziami, lampami i  deskami. Pompa powietrzna zbudowana była z drewnianego łoża i wyposażona w brezentowy miech. Jeniec obsługujący pompę tłoczył powietrze tym miechem. Była to praca nużąca i męcząca, ale kolosalnie ważna. Tory do przemieszczania wózków w tunelu wykonane były z listew przypodłogowych oderwanych w izbach mieszkalnych. Wózki zrobiono z desek, a koła składały się z trzech krążków. Zewnętrzne miały większą średnicę i utrzymywały wózek na torach, wewnętrzne obite były blachą z puszek i opierały się na torze. Z przodu i tyłu wózka znajdowały się zaczepy do mocowania lin, za pomocą których je toczono, przewożąc kopaczy, deski i wywożąc piasek.

Tunel oświetlano początkowo lampami tłuszczowymi. W puszce z margaryną umieszczano sznurek i podpalano go. Takie prowizoryczne lampy strasznie dymiły, silnie ogrzewały powietrze i zabierały dużo tlenu. W trakcie budowy w obozie radiowęzła, jeńcy weszli w posiadanie przewodów elektrycznych i wykonali w tunelach oświetlenie elektryczne. Podłączone było do oświetlenia baraku i używane tylko w nocy, ponieważ w dzień wyłączano prąd w całym obozie.

Tunel „Tom” został przypadkowo odkryty przez Niemców i wysadzony w powietrze. Z prac nad „Dickiem” zrezygnowano,  ponieważ Niemcy rozpoczęli budowę nowego sektora obozu, akurat w miejscu, gdzie według planu miał przebiegać.

Od tego momentu cały wysiłek skupiono na „Harrym”. Stworzono pięć zespołów kopaczy, którzy prowadzili prace bez  przerwy, w dzień i w nocy.

Tunel miał 54 cm wysokości i 52 cm szerokości. Jego długość wynosiła około 111 metrów. Największą trudność stanowiło wykonanie szybu wyjściowego. Piasek osuwał się nim zdążono oszalować i zabezpieczyć ściany. Mimo przeszkód, w styczniu 1944 roku „Harry” był gotowy i czekał na decyzję o ucieczce. Postanowiono, że nastąpi ona w nocy z 24 na 25 marca.

NASI

W trwających ponad rok przygotowaniach uczestniczyło grubo ponad pół tysiąca osób. Zorganizowano fałszywe dokumenty, cywilne ubrania, mapy, kompasy, a także niemiecką walutę. Wszystko to na ogół przemycane było w paczkach żywnościowych, które trafiały do obozu. Gdy ukończone zostały prace związane z budową tunelu, stało się jasne, że wszyscy chętni nie będą mogli uciec. Drogą losowania wybrano dwustu jeńców. Za druty wyszło ostatecznie osiemdziesięciu. Czterech ostatnich wartownik zauważył w momencie, gdy próbowali wydostać się z szybu, odkrywając tym samym ucieczkę.

Wśród zbiegów byli lotnicy różnych narodowości: Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Nowozelandczycy, Norwegowie, Czesi, Litwini, Australijczycy, Francuzi, a także piątka Polaków. Z tego grona największą rolę w przygotowaniach do ucieczki odegrali por. Włodzimierz Kolanowski i por. Stanisław „Danny” Król. Ten ostatni miejscem urodzenia związany był z naszym regionem. Według brytyjskiej Wikipedii przyszedł na świat w Zagorzycach na ziemi staszowskiej 22 marca 1916 roku. W aktach parafii Szczeglice, między rokiem 1914 a 1920 nie odnotowano jednak chrztu dziecka noszącego takie nazwisko. W rzeczywistości miejscem urodzenia bohaterskiego lotnika były drugie świętokrzyskie Zagorzyce – te położone w zachodniej części regionu.

Po maturze, którą uzyskał w Korpusie Kadetów nr 3 w Chełmnie, latem 1937 roku Stanisław Król ukończył szkolenie szybowcowe w Ustianowej, a 21 września tego samego roku rozpoczął szkolenie dla podchorążych przy 4 pułku piechoty Legionów w Kielcach. Na początku stycznia 1938 roku został przyjęty do Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. Nie brał udziału w walkach kampanii wrześniowej. Z grupą podchorążych ewakuowano go do Rumunii. Potem dane mu było przeżyć istną odyseję. Po ucieczce z obozu internowania dotarł do portu Bałczik w Bułgarii, a stamtąd odpłynął do Bejrutu, skąd z kolei dostał się do Marsylii. Trafił do Centrum Wyszkolenia Lotnictwa w Lyon-Bron. Po kapitulacji Francji odleciał samolotem do Bordeaux, a następnie przedostał się do Oranu. Z Afryki Północnej statkiem popłynął do Anglii, gdzie przeszedł szkolenie myśliwskie w Hawarden. 2 lipca 1941 roku wystartował do lotu bojowego nad Francję, gdzie został zestrzelony. Tak znalazł się w niewoli. Przebywał w co najmniej dwóch obozach jenieckich, a ostatecznie osadzono go w żagańskim Stalagu Luft III.

W  maju 1943 roku zaangażował się w działania Komitetu X. Powierzono mu
drążenie podkopu. Zachowały się relacje, z których wynika, że porucznik Król był najbardziej wydajnym kopaczem, co zawdzięczał niewielkiemu wzrostowi i silnej budowie. Jako jeden z bardziej zasłużonych w przygotowaniach zyskał prawo ucieczki z pierwszą grupą zbiegów.

MARNY HAPPY END

„Danny” uciekał w parze z Sydney’em Dowsem, z którym już wcześniej, bez powodzenia, próbował wydostać się z innego obozu. Zaplanowali dokładnie drogę do Anglii. Król udawał polskiego robotnika, Dowse Duńczyka. Chcieli dojechać pociągiem do Berlina, stamtąd do Gdyni i wreszcie promem popłynąć do Szwecji. Plan już na wstępie mocno się skomplikował. Niespodziewany nalot sprawił, że pociągi stanęły. Zbiegowie zaczęli w tej sytuacji pieszo wędrować w kierunku granic przedwojennej Polski. Uszli stosunkowo daleko. Przekroczyli Odrę, minęli Wrocław, ale niedługo potem szczęście ich opuściło. Zauważył ich niemiecki chłop, w stodole którego nocowali. Niby uwierzył, że są polskimi robotnikami wracającymi do kraju, ale jednocześnie powiadomił o wszystkim miejscowe władze. Obaj uciekinierzy trafili w ręce gestapo. Stanisław Król został zamordowany prawdopodobnie 12 kwietnia we Wrocławiu.

Dowse miał więcej szczęścia. Trafił wraz z kilkoma innymi oficerami angielskimi do specjalnego obozu w Sachsenhausen. Jeszcze we wrześniu tego samego roku uciekli z niego w pięciu wykopanym tunelem. Po paru dniach na powrót znaleźli się w rękach Niemców. Dowse’a umieszczono w celi śmierci. Cudem uniknął egzekucji. Doczekał końca wojny. Jeszcze w 2004 roku brał udział w obchodach 60. rocznicy „wielkiej ucieczki” z Żagania. Zmarł 10 kwietnia 2008 roku.

Hitler, gdy dotarła do niego wiadomość o tym, co stało się w Stalagu Luft III, wpadł w szał. Wydał wówczas osławiony Sagan-Befehl (rozkaz żagański), w którym nakazał rozstrzelanie wszystkich schwytanych uczestników ucieczki. Marszałkowi Göringowi przypisywana jest interwencja u führera, mająca ten skutek, że ostatecznie zgładzono 50 jeńców. Wśród nich byli wszyscy Polacy, a także inicjator i główny organizator akcji Roger Bushell.

Ucieczka w pełni powiodła się tylko trzem lotnikom. Byli to Norwegowie Peter Bergsland i Jens Müller oraz Holender Bram van der Stok, którym udało się opuścić terytorium Rzeszy. Spośród schwytanych wojnę przeżyło ponad 20 zbiegów. Z moich ustaleń wynika, że do dziś żyje jeszcze co najmniej jeden uczestnik „wielkiej ucieczki”.

Miejsce, gdzie znajdował się wylot tunelu „Harry”.

KINOWY HIT

Wiosną 1963 roku na ekrany kin trafił film opowiadający historię niewiarygodnego wyczynu jeńców Stalagu Luft III. Wyreżyserował go jeden z najpopularniejszych wówczas hollywoodzkich twórców John Sturges, który kilka lat wcześniej podbił serca fanów X muzy głośnym westernem „Siedmiu wspaniałych”. „Wielką ucieczkę” zrealizował z ogromnym rozmachem. W obsadzie znalazło się pokaźne grono gwiazd, z fenomenalnym Steve’m McQueenem na czele. Richard Attenborough zagrał rolę inspirowaną postacią Rogera Bushella.

Nie ma stuprocentowej pewności, który z Polaków był pierwowzorem postaci zagranej przez Charlesa Bronsona. Oficer, którego sportretował na ekranie Bronson nosi filmowe nazwisko Danny Velinski – „król tunelu”. Filmoznawcy sugerują, że była to postać mająca wiele cech Włodzimierza Kolanowskiego, jednak bardziej prawdopodobne wydaje się, że twórcy wojennej epopei mieli na myśli świętokrzyskiego górala „Dannego” Króla, który w podkopach, jak już wspominaliśmy, wiódł prym.

Nie zgadza się tylko jeden szczegół. Velinskiemu ucieczka się udała…

RAFAŁ STASZEWSKI

Korzystałem głównie z materiałów informacyjnych Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu, a także z książek Rajmunda Szubańskiego, Antona Gilla i Jerzego Cynka.

 CZYTAJ TAKŻE:

Zamek w ogniu [TN na kwarantannę]

Share.

Comments are closed.